Awangarda darterskiej Polski (fragment z książki)
Fragment z książki AWANGARDA DARTERSKIEJ POLSKI Bez mała rytualnie również tamtego wieczora umościł się wygodnie w łóżku z zamiarem obejrzenia jakiegoś usypiającego filmu. Obudził się w środku nocy i nawet nie pamiętał, co to był za film, bo poczuł nasilające się drętwienie w nogach. „Chyba źle się ułożyłem” – przyszło mu do głowy wyjaśnienie nagłej dolegliwości. Aby nie wybudzić żony ze snu nie sięgnął do nocnej lampki, lecz w ciemności wysunął obie nogi na zewnątrz szerokiego łoża i przez dłuższą chwilę siedział na jego krawędzi w oczekiwaniu na spłynięcie krwi do stóp.
Lekki zawrót głowy nie powstrzymał go od tego, żeby powoli zsunąć się z wysokiego leża na parkiet i stanąć na wyprostowanych nogach. „Przejdę się do łazienki” – zaświtała mu myśl, gdy odczuł jednocześnie także parcie w pęcherzu. Drętwienie w stopach niby nieco ustąpiło, ale nie na tyle, aby bezproblemowo przejść kilkanaście metrów do łazienki i z powrotem, co uczynił, podpierając się rękami o meble w sypialni a następnie o ścianę w holu i łazience. „Do rana mi przejdzie” – uspokajał się przed ponownym zaśnięciem, gdy wrócił i ciężko zwalił się na łóżko. „Oby to nie były symptomy koronawirusa” – wpadła do głowy nagła myśl, mrożąca krew w żyłach. Świat ogarniała pandemia i każdego dnia umierało kilkaset tysięcy ludzi. Wirus Covid-19 w bardzo krótkim czasie niszczył płuca, pomniejszając im saturację i możliwość oddychania. Ludzie umierali w męczarniach, będąc nawet pod respiratorami. „Nie! To niemożliwe! – odrzucił tę potencjalność. Silne zawirowanie w głowie, odczuwane jako „pływanie” ścian, było również tym momentem, w którym zagłębiał się w jakiś dziwny stan. Obudził go zapach parzonej kawy i odgłosy krzątania, dochodzące z kuchni. Przez dłuższą chwilę leżał nieruchomo, ale patrząc w sufit, starał się zweryfikować nocne urojenie poruszających się ścian. „Pewnie był to tylko zły sen albo jakieś przywidzenie, może skojarzone z obrazami filmu, przy którym zasnąłem – domyślnie wyświetlił sam sobie tę imaginację. Poruszył się, chcąc zmienić pozycję. Zimny pot pojawił się na jego czole, gdy podjął nieskuteczny wysiłek, aby przekręcić tułów na bok i wstać z łóżka. Nie wróżyło to nic dobrego. Jego nogi nawet nie drgnęły pomimo, że myślowo nimi poruszał. Dopiero teraz przypomniał sobie nocne zdrętwienie kończyn i lunatyczny spacer do łazienki. Odrzucił kołdrę i spojrzał na oba golenie z niepokojem. Przez chwilę zastanawiał się, co powinien zrobić. Intuicyjnie wydał sam sobie nerwowe polecenia. „Rusz lewą stopą”… Nawet nie drgnęła. „Porusz drugą”… Ulga. Zadziałało. „A teraz podciągnij stopy, zginając kolana!”… Obie nogi zareagowały i zgięły się w kolanach, ale lewa stopa pozostała bezwładna ciągnąc się tylko za kolanem.
– O kurwa! – zaklął nazbyt głośno pod nosem. – Co się z tobą dzieje, że tak ostro przeklinasz? – spytała żona, wchodząc do sypialni. Spojrzał na nią nieco zdziwiony, widząc w jej dłoniach tacę z filiżanką kawy. To jego niepisanym zadaniem na „dzień dobry” było niemal obrzędowe zaparzenie kawy w każdy poranek, jeszcze przed śniadaniem. Przez moment zastanawiał się, czy i jak jej powiedzieć o tym, co czuje, pomny zdarzenia sprzed kilku miesięcy, kiedy wszedł rano do kuchni, a ona tylko dziwnie uśmiechała się do niego, nie odpowiadając na żadne jego pytanie. – Fonii Ci zabrakło, czy może podkpiwasz sobie ze mnie? – stwierdził ostatecznie, mając także na uwadze niezbyt owocne jego próby łóżkowych pieszczot, którym nie przeciwstawiała się. Jednakże onieśmielały ją zmieniające się błyski ekranu telewizora. Ponownie się uśmiechnęła, gdy o tym wspomniał, ale z jakimś osobliwym grymasem w kąciku ust, który nie wróżył niczego dobrego, o czym przekonał się niebawem, choć jednocześnie – obok tego skrzywienia wyrazu twarzy, z jej oczu wyczytał umiłowaną mu czułość.
Wtedy, będąc jednak nieco już podrażniony brakiem wzajemnej komunikacji nawet nie przeszło mu przez głowę, że może to być udar, o czym zakomunikował pół godziny później ratownik medyczny, zabierając ją do szpitala. A stało się tak po interwencji córki, gdy zeszła do rodziców na codzienną kawę i natychmiast stwierdziła, iż z matką dzieje się coś niedobrego. Czuł się trochę winny tego, że będąc już po ich wspólnych Złotych Godach, nie potrafił zdiagnozować niebezpieczeństwa, w jakim znalazła się jego połowica.
Teraz jakby zaistniała sytuacja odwrotna. Wiedział już, iż nie powinno się jej denerwować, ale był też przekonany, że w jakieś jego wykręty nie uwierzy. Gorzej może być, jeszcze bardziej ją to podkręci. – Nie wiem, co to takiego, ale coś niepokojącego dzieje się z moimi nogami.
W nocy obudziła mnie drętwota, ledwo dotarłem do łazienki i znów nie czuję lewej stopy. Może jakiś nerw przygniotłem. Pewnie minie za jakiś czas i wszystko wróci do normy – odpowiedział, uspokajając małżonkę. – No dobrze. To poleguj sobie jeszcze. Dziś jest niedziela, więc nigdzie nie musisz się spieszyć – zaleciła ugodowo.
Kiedy tylko wyszła, zaczął się zastanawiać nad możliwą przyczyną tej sytuacji. „Może ma to jakiś związek z operacją wymiany biodra” – przeszło mu przez myśl. Reminiscencja zabiegu sprzed pół roku nie stanowiła dla niego żadnego koszmaru. Wręcz odwrotnie. Uśmiechnął się na myśl, przypominając sobie, jak leżał unieruchomiony na stole operacyjnym, świadomy tego, co z jego biodrem czynią dwaj młodzi ortopedzi. Znieczulony od pasa w dół słyszał kolejne ustalenia obu lekarzy, którzy ze sobą rozmawiali w przerwach pomiędzy świstem piły, którą wycinano mu staw biodrowy a uderzeniami młotka w dłuto, wpasowującymi w kość biodra nowy implant. Zażartował nawet w pewnym momencie, gdy usłyszał od jednego z nich, iż „jeszcze centymetr musisz uciąć, aby nasz pacjent nie utykał później na jedną nogę”. – Panowie doktorzy, nie skracajcie mnie za bardzo, bo małżonka nie może być wyższa ode mnie! W naszej rodzinie to nie uchodzi! Nie mówiąc już o tym, że nierówne biodra wypaczą moje bekhendowe uderzenie. Niedługo mam ważny mecz do rozegrania na korcie i mistrzostwa seniorów w darta, gdzie liczy się każdy centymetr! – Popatrz Jacek, nawet nie wiedziałem, iż mamy tenisistę na stole, a do tego żartownisia i profesjonalistę od darta. Już instalujemy panu nowiusieńkie bioderko, wpasowane w stare kości, co do milimetra. Będzie pan zadowolony – zakończył kabaretowym sloganem. Dwie godziny później, będąc już na sali chorych, nie mógł doczekać się zdolności poruszenia stopą, będącej pierwszym objawem „odpuszczania” znieczulenia i pewności, że operacja wymiany biodra się powiodła.
Ocknął się ze wspomnienia, które nie przyniosło odpowiedzi na jego rozterkę a już następna myśl zaczęła go bardzo niepokoić. „Może to wtedy, choć wedle zaleceń i wskazówek rehabilitantek, zbyt szybko stanąłem na obu nogach i zacząłem stąpać po sali chorych”. Nie zdążył jeszcze jej przeanalizować, a już „wskoczyła” kolejna. „A może to wychodzenie na korytarz oddziału ortopedii, niejako dowodzące, iż osiągnąłeś już sprawność pooperacyjną, także mogło być zbyt wczesne” – karcił sam siebie. „I teraz odezwały się efekty mojej niecierpliwości w byciu wysportowanym herosem” – przeszło mu przez głowę konfrontatywne wyjaśnienie niby kontrolowanego wtedy powrotu do zdrowia i sytuacji z aktualnym niedomaganiem stopy. „Czy może powinienem wówczas odpuścić sobie ten bardzo uciążliwy wyjazd na Śląsk?” – włączył kolejne zastrzeżenie myślowe. Zagłębił się we wspomnienie.
Blisko dwa lata poświęcił na to, aby doprowadzić w kraju do darterskiej imprezy o charakterze mistrzowskim dla seniorów. Grupy szczególnej wśród darterów, o czym sam się przekonał, mając na karku siedemdziesiątkę i widząc, jak niewiele szans mają starsze osoby w rywalizacji z dużo młodszymi darterami. „Kiedyś i wy będziecie seniorami i dopiero wtedy doświadczycie, czym jest – wraz z upływem lat – utrata sił” – przestrzegał niektórych, acz zadufanych w sobie działaczy Polskiej Organizacji Darta, nierozumiejących ludzi starszych, więc i niezbyt widzących potrzebę wprowadzania kategorii „senior” na turnieje darta. Ta osobliwa niechęć kłóciła się z logiką rozwoju darta w kraju tym bardziej, że ci działacze, mając na uwadze partykularne cele, autoryzują kosmetyczny podział tylko na kobiety i młodzież. Taki nieetyczny punkt widzenia owych działaczy odbierał jako pewnego rodzaju dyskryminację osób starszych w Polsce a tym bardziej, iż światowe organizacje darta już wiele lat wcześniej wyselekcjonowały nową kategorię „senior”
i przeprowadzają mistrzowskie zawody.
W przeciwieństwie do aktywistów POD zrozumienie i pozytywny oddźwięk dla tej kwestii okazali działacze z Czaplinka, wspierani także przez miejscowe władze administracyjne i samorządowe, którzy podchwycili jego intencję. Przy okazji odbywającego się turnieju o Puchar Polski przeprowadzili oddzielne zawody z udziałem kilkunastoosobowego klubu seniorów. Rywalizacja przy tarczy, mająca wydźwięk nieoficjalnych mistrzostw kraju – stała się zaczątkiem rokrocznych Mistrzostw Polski Seniorów w Mikołowie na Śląsku. „Dopiąłem swego” – cieszył się w duchu. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że bez osobistego zaangażowania Piotrka, który sprawy darta i seniorów widział podobnie jak i on, do mistrzostw pewnie by nie doszło.
Obaj doskonale się rozumieli. On – jako niegdyś wieloletni szef ośrodka sportu i rekreacji w Kołobrzegu i jego – czynny jeszcze zawodowo – odpowiednik w Mikołowie. Angażując się w organizację już II Mistrzostw Polski Seniorów nie mógł teraz zawieść grona współorganizatorów i nie wziąć w nich chociażby symbolicznego udziału. Tym bardziej – pomimo fizycznych trudności – starał się rzucać do tarczy od chwili, gdy tylko wypisano go ze szpitala i wrócił do domu. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie jest jeszcze gotowy fizycznie i sportowo na powtórzenie sukcesu z ubiegłorocznych mistrzostw, na których wywalczył trzecie miejsce, a przede wszystkim na tak długą i trudną podróż, a jeszcze bardziej dlatego, iż jakiekolwiek przemieszczanie się będzie musiało być podpierane laską lub dwoma kulami. Ostatecznie zdecydował się jednak na start w mistrzostwach. Wspólnie z Adamem, Kazikiem i Markiem pojechali bezpośrednim pociągiem na Górny Śląsk.
Dogodne połączenie i niezbyt długa podróż Pendolino nie załatwiała jednak jego problemu, będąc już na miejscu w Mikołowie. Faktem było to, że Romano wprost z Niemiec dojechał na turniej swoim samochodem, co załatwiało komunikację pomiędzy hotelem a miejscem zawodów.
Natomiast problemy sprawiały mu kwestie toaletowe, ponieważ nie zapewniały swoistego komfortu osobie niepełnosprawnej – a będącej tuż po wymianie biodra. Dodatkowe trudności pojawiły się również w czasie przebiegu zawodów, gdy stając na linii rzutów z lotkami w dłoniach musiał prosić kogoś z obsługi turnieju o przytrzymanie kul. Tylko radość z sukcesu Romano, który zdobył tytuł wicemistrza Polski, nieco złagodziła narastające w nim zmęczenie i niewygody kilkugodzinnej jazdy za kierownicą samochodu polskiego „Niemca”, który nie nadawał się tego dnia do prowadzenia auta. Podobnie zresztą, jak i pozostali członkowie ekipy z Elbląga, świętujący zbyt często złocistym płynem sukces właściciela pojazdu. Być może statyczna pozycja biodra podczas nocnej kilkusetkilometrowej jazdy powrotnej do domu i możliwy ucisk na jakiś nerw mogły mieć – także po upływie kilku miesięcy, wpływ na późniejszą reakcję jego organizmu. Może powinien wtedy poświęcić więcej czasu na regenerację i odpoczynek, ale obiecał Piotrkowi, iż natychmiast po powrocie do domu… coś napisze. W jego pamięci odtworzył się ówczesny poranek, gdy po kilku godzinach snu zerwał się podekscytowany z łóżka, aby – mając w głowie żywe jeszcze turniejowe echo – napisać relację z przebiegu imprezy, ale także wyrazić swoje stanowisko w obronie byłego „miszcza” (takim mianem określił go w jednym z wcześniejszych felietonów, gdy niemoralnie zachował się w stosunku do innego dartera), „skazanego” przez POD na darterski banicję. Szum komputera i delikatne kliknięcia w przyciski liter na klawiaturze zapełniały felietonową stronę zdanie po zdaniu.
„Działo się! Oj… działo na III Indywidualnych Mistrzostwach Polski Seniorów, które odbyły się w Mikołowie u gościnnych Ślązaków. I, mimo że zdominowali je tubylcy, a Andrzej Mazur po raz trzeci został Mistrzem Polski, to uczestnicy mistrzowskiego turnieju nie mogli narzekać na moc sportową imprezy. To były równie świetnie poukładane zawody, w których uczestniczyła również elbląska ekipa… nie odnotowując jednak znaczących sukcesów. Nasi medaliści poprzednich mistrzostw (mój brązowy medal z I edycji MPS oraz wicemistrzostwo Romana Kraczkowskiego z ubiegłego roku) tym razem niewiele osiągnęli w turnieju indywidualnym, ale w zamian Adam w parze z Markiem wygrali seniorski turniej deblowy (4 pary), będący przymiarką do wprowadzenia odrębnej kategorii turnieju na kolejnych Mistrzostwach Polski Seniorów. Miłym akcentem spotkania dla najstarszych darterów w kraju, powyżej 70 lat, było uhonorowanie ich okolicznościowymi statuetkami. W moim przypadku (76 lat) ta indywidualna statuetka – SENIOR AUTORYTET – zwieńczyła walkę o darterskie Mistrzostwa Polski dla Seniorów i współudział w ich realizacji a jednocześnie niejako klamruje (na jakiś czas) moją przygodę z dartem na rzecz opracowania i napisania oraz wydania powieści lub chociaż eseju o zapaleńcach rzutów lotkami w tarczę. Takiej osobliwej opowieści o ich darterskich wojażach po kraju o dziesiątkach morałów i usprawiedliwień, mających decydujący wpływ na świetny (rzadziej) lub mizerny (często) udział w turniejach a także na radościach i darterskich smutkach, ale przede wszystkim na integracyjnej więzi, zapisanej w książce grubą czcionką. Opisującą również mocno »zakręcone« życie prawie każdego autentycznego dartera-działacza.
Niewiele mniej wrażeń i emocji – od pasjonującej walki o mistrzowskie tytuły przyniosły darterskie dysputy, które odbywały się równolegle w kuluarach iście rodzinnego klubu SILVER. Wśród dyskutowanych tematów ponownie uzewnętrzniła się sprawa ukarania jednego z najlepszych darterów w kraju i byłego reprezentanta Polski, który został zawieszony w prawach uczestnictwa w turniejach POD z cyklu Pucharu Polski. Odebrano mu prawa nie na jakiś okres, by miał czas na przemyślenia i ustatkowanie się, ale zawieszono go… dożywotnio!!! A skoro tak, to co ma zrobić kolega, choć organizator PP, gdy tak bezprawnie (moim zdaniem) ukarany darter pojawi się na turnieju? Rodzą się zatem i inne pytania. Jakim prawem można kogoś zawiesić dożywotnio? Kto ten prawny (?) passus wymyślił? Dlaczego nawet swoistego ułaskawienia po kilkuletniej banicji nie można zastosować w stosunku do tego zasłużonego dartera?
Bo ktoś zarządzający POD uparł się a inny twierdzi, iż dopiero »po mojej śmierci« coś takiego może nastąpić… Takie widzimisię… To rzecz niepojęta. Chyba że… w Polsce obowiązują jeszcze sądy kapturowe? A przecież mamy XXI wiek. Pawle! To prawda, iż jesteś – podobnie jak i wielu innych, których jeszcze nie ukarano – osobą nieco »rozbrykaną« i czasem Cię ponosi, ale śmiem twierdzić, iż to nieżyciowe »dożywotne zawieszenie« stało się absurdem i stanowi ewenement prawny nie tylko w krajowym darcie. Pewnie jeszcze trochę lat brakuje Ci do startu w MPS, ale wiedz, że w gronie Seniorskich Autorytetów nikt cię dożywotnio… nie »zbanuje«. Tylko doczekaj. A może wcześniej Polska Organizacja Darta zreflektuje się jednak…
na temat swojego błędu”.
Pochłonięty rozmyślaniami i wspomnieniami, ale też niespokojną nocą zasnął. Obudził się prawie późnym południem, wyczuwając instynktownie obecność żony przy łóżku. Z kuchni doszedł go przytłumiony głos balladzisty Rynkowskiego, który w radiu śpiewał swój autorski rapsod, zatytułowany Wyspa. Wzdrygnął się pod impresją utworu, który natychmiast zobrazował w nim pamięć o tragicznie zmarłej wnuczce. To wtedy, na Jej pogrzebie, uznał za konieczne napisanie rodzinnej sagi. Teraz, wsłuchując się w głos piosenkarza – oczyma wyobraźni czytał ponownie tekst, który wówczas zaczął pisać. „Od kilku lat uzupełniam poszczególne gałęzi rodzinnej genealogii z myślą, iż teraz nasze wnuki a kiedyś ich dzieci i wnuki zaciekawi historia rodu oraz losy poszczególnych członków rodziny. Dziś ta lista obejmuje około 250 osób, w tym również tych najstarszych (ur. w XVIII i XIX wieku), którzy dawno temu zmarli, przeżywając na tym padole w różnych okolicznościach ich życia wiele, wiele lat. W moim drzewku genealogicznym okno Eli jest dalej aktywne, gdyż nie mam siły… wpisać tam daty jej śmierci. To Jej odejście było za szybkie, a data śmierci potwierdza tylko rozpaczliwość krótkiego życia bliskiej nam osoby. I to mnie męczy, choć balsamem dla całej rodziny za jedno stracone życie młodej jeszcze córki, siostry i wnuczki – stało się nowe życie… Na świecie pojawiła się nowa istota: córka, wnuczka, prawnuczka i siostrzenica – Tola. Ale tym bardziej rodzi się moja wątpliwość. Czy świat musi się w ten sposób bilansować, czy może jednak sami, jako ludzie, wpływamy na taki a nie inny rozrachunek życia, uczestnicząc na przykład w »wariackiej« polityce świata, w ciągłych wojnach plemiennych, a przede wszystkim w nieprzestrzeganiu zasad i podważaniu rodzimej familijnej hierarchii? Nie jest moim celem poszukiwanie »winnych« i obciążanie ich grzechem za tę szokującą śmierć. Pewnie i do siebie mógłbym mieć żal o to, że nie w porę przestrzegałem, iż nie radziłem przekonująco albo też, że zbyt łatwo ustępowałem, może powinienem być jeszcze bardziej zdeterminowany nabytym doświadczeniem i rolą najstarszego członka rodziny. Czy to wszystko uchroniłoby Elę… Tego nie wiem, ale od czasu do czasu, ta myśl… Wręcz mnie torturuje”.
Zaczął wtedy pisać wstęp do opowieści, ale równie szybko uznał, iż nie powinien wyrażać swoich myśli pod wpływem emocji, więc w tym momencie zaniechał myśli o tworzeniu sagi. Później jeszcze nieraz podejmował próby kontynuowania dzieła swojego życia, ale za każdym razem dopadało go tak silne rozrzewnienie i mocne łomotanie serca, że również w obawie o swoje zdrowie bezzwłocznie zamykał w komputerze stronę z rozpoczętymi zapiskami.
Spojrzał na żonę. Nie dał poznać po sobie, jak mocne ogarnęło go wzruszenie, wsłuchując się w słowa piosenki. W głowie poczuł lekki zawrót. Z wyrazu jej twarzy wyczytał spore zaniepokojenie.
– Przyznaj, iż coś złego dzieje się z Tobą.
A nie chcesz mi powiedzieć, by mnie nie niepokoić. Ale przecież to widzę i coraz bardziej się denerwuję. Obiad zrobiłam…
Może chociaż zjesz obiad – zaproponowała z nadzieją, że nie odmówi. Nie odpowiedział, tylko skinął potakująco głową. Uznała ten gest za aprobujący jej posiłkową ofertę i skierowała się do kuchni. Podobnie jak w nocy wysunął się na zewnątrz łóżka i powoli podniósł się na wyprostowane nogi, w których wyczuł mrowienie. Zawrót głowy nasilił się na tyle, iż oparł się na ścianie. Przez chwilę czekał, aż zawirowanie nieco minie i ruszył krok po kroku do kuchni. Zaskoczyły go niekontrolowane – na podobieństwo głupich kroków serialowego Monty Pythona – sztywne odruchy jego nóg. Nie było w nich żadnej namiastki płynności, więc przesuwał się po domowym holu, jakby miał przywiązane do nóg szczudła.
– Powiedz wreszcie, co ci jest!
Przecież widzę, że coś jest nie tak – podkręciła się ze złością, gdy tylko pojawił się w kuchni i bezwolnie opadł na kuchenne krzesło. – Sam już nie wiem, co się dzieje, ale doświadczam czegoś dziwnego, tym bardziej że obok słabego czucia nóg także dłonie zaczynają mi się trząść – odpowiedział. Jakby na potwierdzenie chwycił łyżkę i nabrał gorącego rosołu, ale zanim podniósł ją do ust, rozlał zupę po całym talerzu. – Nie jesteś już młodzieniaszkiem z dawnych lat, choć ikry w tobie jest jeszcze sporo, ale chyba bliżej ci już do jakiegoś niby cyborga niż do żyjątka, o które trzeba ciągle dbać – dodała, nawiązując do jego zdrowotnej przeszłości. Nie tak dawno obchodzili swoje Złote Gody, toteż znane jej były jego medyczne perturbacje, najczęściej wynikające ze zbyt aktywnego życia, w którym ciągle czegoś doświadczał. Pęknięte śródstopie po skoku w dal, później złamany piszczel lewej nogi po jeździe na muldach, gdy uparł się zjechać na nartach ze Stożka, to najmniej uciążliwe zdarzenia, kończące się gipsowym okładem, nie mówiąc już o operacyjnych „drobiazgach”
z wycięciem wyrostka robaczkowego a za jakiś czas także żółciowego pęcherzyka.
Dwumiesięczny gips na nodze po zerwanym cięgle Achillesa (zszywany operacyjnie) to skutek nagłego startu do tenisowej piłki na korcie w trakcie jakiegoś ważnego meczu. Złamany później nos w drogowym wypadku z utratą przytomności, którą odzyskał w momencie, gdy mu go „naprawiano” w szpitalu – a nade wszystko dwie operacje na sercu po zawale (wstawiono łącznie pięć stentów), ostatnio zaś także wymiana biodrowego stawu, potwierdzają jego aktywną, choć nakierowaną przeciwnościami losu drogę życiową. Wszystkie chirurgiczne naprawy jego ciała i drobniejsze urazy miały więc uzasadnienie do określenia go przez mocno wystraszoną małżonkę mianem nawiązującym do…
ziemskiego androida. Dlatego też nie zaoponował, gdy na gwałt przywołała córkę polecając jej, aby natychmiast zawiozła go do lekarza dyżurnego w szpitalu. Godzinę później, już po ujemnym badaniu na Covid-19, przyjęto go na SOR, gdzie po analizie badania krwi zaaplikowano mu wzmacniające kroplówki. Po dwóch dawkach uspokoił się na tyle, że czujnie zaczął obserwować pielęgniarki, które co chwilę zaglądały do innych pacjentów, leżących w oddzielnych boksach za kotarami. Ze zdziwieniem skonstatował, iż jak na niedzielę, to ruch na obszarze obserwacyjnym SOR był wyjątkowo duży. Kiedy kolejna porcja elektrolitów została już mu wkroplona i poczuł się o wiele lepiej, zsunął się z leżanki i stanął na nogach. Przez dłuższą chwilę sprawdzał stan równowagi i choć niezbyt pewnie, to na szeroko rozstawionych nogach ruszył w kierunku łazienki. – Kto pozwolił opuścić panu leżankę – usłyszał niespodzianie głos lekarza. Dlaczego nie zawołał pan pielęgniarki? – skarcił go pytaniem. – Poczułem się lepiej i chyba wracam do normy, więc idę za potrzebą – odpowiedział wskazując na drzwi ubikacji.
– Dwa ćwiczenia, zanim pójdzie pan dalej – zalecił lekarz. Oczy zamknięte! Palcem prawej i lewej ręki dotknąć nosa – zakomenderował stanowczo. Niezbyt pewnie i zwolnionym ruchem wykonał polecenie, czując lekkie wirowanie w głowie. – Dwa kroki do przodu i do tyłu – padło drugie zadanie. – No dobrze. Niech pan już idzie – lekarz niepewnie się zgodził, ale pozostał na miejscu, by poobserwować jego zdolność poruszania się. – Jeszcze jedna dawka potasu i dopiero wtedy zdecyduję, czy pan zostanie w szpitalu na oddziale, czy wróci do domu – zakomunikował doktor, kiedy wrócił z wucetu i ponownie usadowił się na leżance a pielęgniarka wpinała mu kroplówkę. – Panie doktorze, prawie jestem przekonany, że poradzę sobie w domu – zasugerował swój punkt widzenia nie będąc pewny, czy to wystarczy, bo dostrzegł, iż jakoś podejrzanie dziwnie przyglądał mu się lekarz, nie odpowiadając na jego zapatrywanie. „No tak! Przynajmniej godzina mi jeszcze zejdzie, a ona tam na korytarzu czeka” – zaniepokoił się o córkę.
Rozmyślając i gapiąc się beznamiętnie na zbyt wolno spadające krople elektrolitów, pewnie nieco czasu przedrzemał, bo otworzył oczy dopiero wtedy, gdy uświadomił sobie, że dociera do niego kobiecy glos. Odwrócił głowę w kierunku osoby mówiącej. Stała tyłem do jego leżanki, tuż przy parawanie i choć nie widział jej twarzy, to zorientował się, iż to nie jego córka rozmawiała z lekarzem.
Tym bardziej zadziwiło go, że lekarz dyżurny, stojąc i słuchając wywodu nieznanej mu osoby, uważnie gapił się… na niego. – Panie doktorze – usłyszał ostatnią frazę z długiego monologu kobiety. – On już nie będzie więcej pił. Tak mi przyrzekał i ja teraz o niego zadbam. Specjalnie po niego przyjechałam, bo przecież mamy wspólne dzieci. To dobry chłop, ale czasem przesadzi. A to delirium, o którym pan mówił, to dopiero drugi raz takie coś on miał. Przyrzekam panu, ja już do takiego stanu nigdy go nie dopuszczę. Proszę, niech pan już go puści. Zabiorę go do domu – prawie błagała. – Zgoda, ale jeszcze nie skończyła się ostatnia dawka potasu – wskazał na zwisający i przypięty do wysięgu pojemnik, ale nie na tego pacjenta za kotarą, lecz na jego wysięgnik. Zaskoczona kobieta odwróciła się do leżanki i spojrzała na niego. – Panie doktorze! To nie o tego pana mi chodzi. Mój jest tu… obok. Za tym parawanem – wyjaśniła, wskazując równocześnie na sąsiednią kotarę. – Tak.
Tak – już wszystko wiem. Mamy dziś spore zamieszanie i czasem nie wiem, kto do kogo i w czyjej intencji przychodzi – odpowiedział wymijająco lekarz, akceptując natychmiast prośbę kobiety i przekazując jej kilka wskazówek na odchodne. Zza parawanu wyszedł mężczyzna, który na pierwszy rzut oka mógł być określony jednoznacznym mianem niezłego moczymordy. Kobieta chwyciła pod rękę mamroczącego jeszcze coś pod nosem męża i oboje opuścili SOR. „Przecież nie mógł pomylić mnie z tym typem!?” – przeszła mu przez głowę fatalna myśl. Prawie godzinę później lekarz poprosił go o wykonanie kilku ćwiczeń, z których to najważniejsze i pewnie decydujące prowadziło do samodzielnego przespacerowania się po wyznaczonej linii łamanej.
– Czy pan nadużywa alkoholu?
– spytał medyk ni stąd, ni zowąd na zakończenie weryfikacji jego stanu. „No tak, teraz rozumiem, dlaczego ciągle tak mi się przyglądał” – przeszło mu przez myśl. – Jeżeli pan doktor pomylił mnie z moim sąsiadem, tym… zza kotary, to sam sobie współczuję, iż tak źle wyglądam, ale zapewniam pana doktora, że nigdy w swoim życiu nie miałem „przyjemności” być w fazie poalkoholowego delirium. – Przepraszam pana, ale wszystkie objawy, towarzyszące delirium nie zawsze muszą mieć związek z nadużywaniem alkoholu, choć te dzisiejsze u pana jakby na to wskazywały – zaczął niepewnie lekarz dyżurny. Widać było, iż nie był jeszcze utwierdzony do końcowego rozpoznania. A wynikają one – ciągnął dalej – także z nadmiernej, często zbyt intensywnej i nerwowej pracy lub też z niezbyt przyjaznego otoczenia środowiskowego, a które, jako zaburzenia, występują pod postacią somatyczną. Toteż dużo mocnego snu i spokoju panu życzę.
Dobrej nocy – dopowiedział, wręczając mu jednocześnie kartę informacyjną. – Na korytarzu oczekuje pana córka – dodał spiesznie, aby uniknąć jakiejkolwiek dalszej kontrowersji. Wrócili do domu dwie godziny po północy i dopiero wtedy przyłapał się na tym. że jest głodny. Jedząc posiłek, zrelacjonował żonie przebieg wizyty w szpitalu. Nie do końca podchwyciła jego zapewnienie o powrocie zdrowia do normy. Zasnął natychmiast, gdy tylko przyłożył głowę do poduszki. Obudził się późnym popołudniem. Na pytanie żony, doglądającej go co jakiś czas, jak się czuje nie odpowiedział. Z jednej strony nie chciał jej przestraszyć a z drugiej, obawiał się powiedzieć jej to, co sam czuje. – Mówże coś wreszcie! – fuknęła poirytowana, czując, iż jej małżonek celowo odwleka przekaz złych wieści. Z popłochem w głosie odkrył jej i sobie, że brakuje mu czucia w nogach, a jednocześnie nie potrafił sensownie i płynnie przekazać tego, co mu dolega. Tym bardziej, iż opanował go przestrach, gdy jednocześnie zaobserwował, że przy odrętwiałych nogach, którymi nie mógł już prawie ruszać, pojawiły się także niezbyt skoordynowane ruchy obu dłoni, które na domiar złego trzęsły się nawet wtedy, gdy starał się je wzajemnie podtrzymywać. Jego myśli zaczęły wariować na podobieństwo zawrotów głowy. Nakładały się przeciwstawnie, jedna na drugą, ale jedna z nich dominowała uporczywie. Więc chwycił się tej jednej, jakby ostatniej deski ratunku.
Sięgnął po telefon. – Andrzej!… Błagam, przyjedź… pilnie! Coś złego… dzieje się… ze mną! Musisz mi pomóc. Wszyyy-stko pły-wa mi w oczach! – sylabizował przez telefon do kolegi, znanego lekarza psychiatry, z którym zżyli się, grając razem na kortach, aby to on zdiagnozował nagłą zmianę stanu jego zdrowia. Gdy lekarz potwierdził, iż zwizytuje go w domu, zerknął na coraz bardziej rozmazującą się postać małżonki. Była niemniej przerażona i spanikowana tym, co również sama widzi i jak on na to reaguje, ale poddała się sugestii oceny jego stanu zdrowia przez kolegę lekarza. Jego stan pogorszył się na tyle, że przybyły na lekarską wizytę medyk – widząc również zanikający z nim kontakt logiczny, natychmiast zaaplikował mocne środki uspakajające i pilnie wezwał pogotowie ratunkowe. Na sygnale – nie bardzo już uświadamiając sobie, co się wokół niego dzieje (podobno wyzywał ratowników – tak mu relacjonowano miesiąc po powrocie z leczenia) – pojechał do szpitala karetką pogotowia. Niewiele już później pamiętał, natomiast w podświadomości zarejestrował jeszcze tylko nakładające się na siebie kontury pielęgniarek, aplikujące mu jakieś doustne środki oraz płyny z wysięgnika a także błyskające światłami kolejne urządzenia, w których przeprowadzano mu badania. Definitywnie odnotował jeszcze tylko napis i drzwi wjazdowe na oddział neurologii. „Czy wydobrzeję, czy może zostanę już na zawsze taką… wiotką roślinką?” – zaniepokoiła go myśl, umykająca nagle gdzieś w próżnię.
Czuł coraz większą otępiałość i bezwolną uległość. Nawet nie skojarzył tego, będąc równie bezsilny fizycznie i umysłowo, iż wyłącznie dzięki pielęgniarkom znalazł się w szpitalnym łóżku. Niejako – z dnia na dzień – stał się osobnikiem prawie niezdolnym do samodzielnej egzystencji.
