Kocią ścieżką – rozmowa ze Zbigniewem Kotem
Kocią ścieżką – rozmowa ze Zbigniewem KOTEM Do końca drogi swej noc zmierza I płoną drzewa w nocnym chłodzie.
Czy gościem będę w nim, czy muszę Do domu swego wejść jak złodziej.
Wojtek Bellon Grafik przy grobie pilota Tu-154.
Fot. Agnieszka Brytan Lech L. Przychodzki: Jak to się stało, że jako człowiek urodzony w mieście Lublinie, które to miasto ze sztuką ma niewiele wspólnego (przed wojną było nieźle, po wojnie już trochę gorzej) i w rodzinie, która ze sztuką również nie miała punktów stycznych, raptem stałeś się członkiem „klanu Kotów”, jaki jednak zasłynął z myślenia absolutnie twórczego i takiejż roboty?
Zbigniew Kot: To się zaczęło w Zamku Lubelskim, gdzie dla młodziaków były kółka, zajęcia plastyczne. I Andrzej – brat starszy – i ja uczęszczaliśmy tam jako dzieciaki. Tak się wciągnęliśmy w przeróżne historie, związane z malunkami i innymi sprawami, związanymi ze sztuką dziecięcą. A później? Przede wszystkim Liceum Plastyczne, też na Starym Mieście w Lublinie, które miałem naprzeciwko swego domu mieszkalnego. Rano niemal w trójskoku przeskakiwałem przez ulicę – wtedy wszystko było właściwie pod ręką – żeby z tą sztuką mieć kontakt.
A później? Już tak poszło się za ciosem i czekała mnie Akademia Sztuk Pięknych w Warszawie…
L. L. P.: Każdy ma, podobno, a myślę, iż to jest prawda, tylko niektórzy ludzie o tym nie wiedzą, swojego Mistrza. Ty poszedłeś na grafikę, a była to przecież zupełnie inna grafika w porównaniu z tym, co robi się teraz! Czego Twoi Mistrzowie wymagali od swoich studentów? Z. K.: Przede wszystkim warsztatu, zawodowej solidności. Wtedy była to jeszcze grafika tradycyjna, biało-czarna. Ja z kolei lubiłem poszaleć – kolorem zadziałałem, a to się udzieliło innym studentom, stąd zaczęliśmy kolorowe grafiki robić. I taki to był nasz postęp w grafice.
Andrzej Sikora: Kogo najlepiej wspominasz z kolegów i wykładowców? Z. K.: Z wykładowców przede wszystkim Halinę Chrostowską, wtedy panią docent, znaną graficzkę, córkę Ostoi-Chrostowskiego, cenionego przedwojennego grafika, w czasie okupacji aktywnego członka AK.
O bracie-Kocie, czyli Andrzeju, już nie wspomnę. Był mi Mistrzem w grafice i zecerce, jako zecer nad zecerami. Ale nie tylko, także w człowieczeństwie.
W zasadzie wydobywałem jak najwięcej z siebie, przeżywając różne historie tam, w Warszawie, związane z działalnością studencką.
A. S.: W których latach studiowałeś, by rzecz całą umiejscowić socjologiczno-historycznie? Z. K.: To były czasy Gierka. Jaruzelski i stan wojenny to już okres po studiach. Tak czy inaczej studiowałem niby w schyłkowych latach komuny. Potem się okazało, że to wcale nie był żaden schyłkowy czas, tylko dalszy ciąg mordęgi z komuną.
L. L. P.: Jak oceniasz: na ile wy, przyszli artyści, czy też już artyści, studiując na Akademii byliście wrażliwi na to, co się dzieje w kraju?
Z. K.: A, to różnie… Różnie to wyglądało. Towarzystwo w sumie było zagubione. Nie widziałem w braci studenckiej jakiejś wewnętrznej siły. Siłę to pokazali robotnicy z zakładów dużych, komunistycznych. A twórczość? Każdy lepił, co mógł, żeby jakoś przeżyć. I albo się kontaktował z władzą i był na jej usługach, albo gdzieś w zaciszu robił swoje. L. L. P.: Czego ówczesna władza wymagała od artystów? Z. K.: W słowa władzy raczej się nie wsłuchiwałem, nie miałem z nią do czynienia. Toteż nie mogę, jak wielu, się pochwalić, że coś dla tej władzy robiłem. Mogę za to uczciwie powiedzieć, iż antykomunizm wyssałem z mlekiem matki na Starym Mieście. No i tak mi zostało.
A. S.: Skończyłeś studia i…
Z. K.:.. i z braku perspektyw warszawskich, bo to był wybuch „Solidarności”, potem stan wojenny, trzeba było postanowić, w którą stronę się udać. Myśmy z Lucyną wybrali Grodzisk Mazowiecki, gdzie zamieszkaliśmy na hektarze ziemi piaszczystej i przez około 10 lat prowadziliśmy tylko walkę o przeżycie. Kiedy przyszedł stan wojenny i junta rządziła, to miałem czas twórczo zmarnowany. Realia były takie, iż zamiast działać, raczej się myślało o tym, jak tę ziemię użyźnić, żeby mogła rodzić różne plony.
L. L. P.: A potem ta ziemia, która najpierw rodziła takie czy inne plony, stała się ziemią wymyśloną niejako przez Ciebie, ziemią, którą kształtowałeś po swojemu, w symbiozie ze wszystkim dookoła, czyli z Twoimi sikorkami, wróblami, wiewiórkami… Skąd ten przeskok?
Z. K.: Zadecydowała już sama przesiadka z Warszawy na teren żyjącej przyrody. Bardzo się wczułem w to i bardzo mnie to pociągnęło, urzekło…
A. S.: Tamten Grodzisk był inny?
Z. K.: Grodzisk był inny niż teraz, zupełnie inny. Mieścina bez charakteru, nieciekawa taka. Atrakcją jedyną była ekadka (od 1951 r.
już wukadka), bo to kontakt ze stolicą. Ale ja z kolei z Warszawą już kontaktu nie chciałem mieć. Tutaj zaczęliśmy tworzyć naszą życiową ostoję. I tak powoli, powoli, powstał piękny ogród, symbioza z przyrodą.
To było całkiem inne doświadczenie, niż to, które dotychczas mieliśmy.
L. L. P.: Przyroda Twojej młodości, którą doskonale znam, bo to była ta sama przyroda, obejmowała okolice lubelskiego Zamku, a wyglądała zupełnie inaczej niż wszystko, co zastałeś w Grodzisku, gdy przyjechałeś.
Z. K.: Przy Zamku to były głównie miejskie nasadzenia, takie działania ówczesnego Ratusza dla tubylczej ludności, a tutaj człowiek wziął się z życiem za bary i zaczął tworzyć coś od nowa, zgodnie z własnym widzeniem świata. A. S.: Zanim przeszedłeś z działalności rolniczej na czysto ogrodniczą, najpierw musiałeś znaleźć się w KRUS-ie, żeby Cię ubezpieczyli, czyli musiałeś jakieś kursy kończyć…
Z. K.: Tak, musiałem mieć uprawnienia rolnicze, żeby w ogóle kupić to gospodarstwo. Były jakieś kursy, już nie pamiętam, ile trwały – miesiąc czy dwa miesiące, potem było jakieś odpytywanie ogólne, ale sprawnie to poszło.
A. S.: I już zostałeś rolnikiem, całkiem zgodnie z prawem i mogłeś na swoim terenie uprawiać, co tylko chciałeś. Z. K.: Tak. Jako rolnik – tak. Tyle, że w większości była to ziemia V i VII klasy…
A. S.: Przecież to nadal widać, mimo, iż ją nawozisz.
Z. K.: Kosztowało nas to wiele lat starań, żeby ta ziemia chciała rodzić. Walka była niesamowita!
A. S.: Wiesz, bo zupełnie czym innym jest ziemia pod żyto, owies czy nawet pszenicę, a zupełnie innej ziemi wymaga ogród…
Z. K.: Jasne, nieużytki… Same chwasty i im podobne rośliny mogły tu rosnąć. Ale to wszystko też ładne! I pożyteczne… A mnie się zachciało, miałem taki cel, żeby użyźnić i mieć taką glebę, która daje pożytek. I trwało wiele lat, zanim ta ziemia wreszcie zaczęła dawać korzyści. A. S.: Niewątpliwie przez miesiąc czy dwa szkolenia rolniczego nie nauczyłeś się tego, jak postępować z ogrodem? Może Cię nauczyli, jak się sieje owies, ale o ogrodzie raczej nie. Tego musiałeś się nauczyć sam – z książek i od ludzi.
Z. K.: Przeważnie z rozmów z innymi ogrodnikami. To oni mieli doświadczenia praktyczne i od nich mogłem się najwięcej nauczyć. A też z własnych doświadczeń – książki człowiek studiował, oglądało się ogrody różnego typu w całej Polsce…
L. L. P.: Wydaje mi się, iż kiedyś więcej ludzi w Polsce zajmowało się ogrodnictwem niż teraz… Z. K.: Kiedyś? Zdecydowanie. W tej chwili to zanika, jak konie i krowy na łąkach. Robi się po prostu smutno. Nie uświadczysz pasącej się krowy, żadnych owiec… To wszystko gdzieś w budynkach pochowane jest…
L. L. P.: Jeżeli w ogóle jest?!
Z. K.: (Śmiech). Wiecie, skoro już na mojej roli się znalazłem, to w tej beznadziejnej komunie musiałem żyć. Jeśli nam już taka droga życiowa wyszła, to trzeba było na tym kawałku ziemi coś sensownego wyhodować.
A. S.: Zgoda, ale zboże dawało Ci przecież jakieś pieniądze. A ogród? Czy on wspomagał waszą kieszeń? Chyba nie…
Z. K.: Nie tak… Zboże też nie dawało, bo tutaj na początku ledwie żyto rosło. Człowiek tę ziemię uprawiał początkowo dla swoich potrzeb. Dopiero później, w miarę upływu czasu – a byłem takim gościem, co to miał coraz więcej świadomości – zacząłem zakładać innym ogrody. Wtedy już było troszkę więcej pieniędzy na to, by ogród, który założyłem, był większy, żeby się lepiej rozwijał. I wtedy się zaczął wykluwać jakiś zamysł ogólny tego, co chcę „wyczarować” u siebie, w oparciu o doświadczenia grodziskie i to, czego się nauczyłem, zakładając ogrody dla ludzi. Z czasem zresztą te ogrody dla zarobku zarzuciłem, bo się okazało, że zakładają je albo gwiazdeczki seriali albo byli komuniści. I to towarzystwo, gdy się u nich pracowało, to nie miało jakiejś – minimalnej choćby – kultury ogrodniczej.
Praca u nich nie była zbyt przyjemna. Owszem, wyjątki się zdarzały, niestety nieliczne. Większość założeń to mordęga była, chociaż starałem się jak mogłem – na tyle, ile miałem jakichś wiadomości, chciałem przekonać ich do pewnych zasad ogrodniczych. A. S.: Taki ogród się przecież zakłada długo, nie da się tego zrobić w przeciągu jednego roku. Musiałeś mieć z tymi ludźmi do czynienia przez kilka lat.
Z. K.: Trzy lata to takie minimum. I to dla zamawiających było całkiem nietypowe. W Warszawie i okolicach istnieją wciąż firmy specjalistyczne. One zaś wchodziły na teren i oddawały ludziom ogród w niecały miesiąc! Forsa wzięta, a właściciel dopiero za rok się połapie, że odwalona hochsztaplerka… A ja, po Akademii Sztuk Pięknych, starałem się tworzyć ogród i krajobraz, żeby towarzyszył ludziom przez całe życie i cieszył!
L. L. P.: Twój ogród jest przykładem terenu, gdzie przebudowałeś zupełnie krajobraz… Z. K.: W pewnym momencie sam się czułem dziwnie. Myślałem, że będę traktowany przez miejscowych jako dziwoląg. Trzeba wziąć pod uwagę, iż tu nie było do niedawna żadnej developerki, wszak pola tu były i zagajniki wszędzie wkoło, gdzie ciężko pracowali niemłodzi już rolnicy. Ale z czasem wszystko się zmieniło, pola zostały przez developerów przejęte i zaczęła się przemożna dewastacja przyrody i krajobrazu na obrzeżach Grodziska. Developerzy są zaborczy, ich świat się rządzi własnymi prawami. A wraz z nowymi mieszkańcami obyczaje z miast wchodzą bezpośrednio na wieś, na tereny, gdzie dotychczas był szacunek do ludzi i przyrody. L. L. P.: Zauważ, że kierunek żyrardowski był przez ładnych kilka lat przez stołecznych developerów odpuszczony.
W tej chwili odwrotnie – czy jedziesz ekadką czy normalną kolejką elektryczną – wzdłuż całej trasy wyrastają osiedla developerskie. Nie ma lasków, nie ma łąk, tylko budynki developerskie. Obłęd.
Z. K.: Tym bardziej, że najkorzystniej stawiać je przy trasach kolejowych, autostradach, zwykłych szosach – jak najbliżej, gdyż wtedy firmy mają z budynków większy zysk. Bo przecież wszystko jest obliczone właśnie na zysk. A. S.: Z jednej strony przedsiębiorcom łatwiej jest dowieźć materiały, a z drugiej potem ludziom łatwiej jest mieszkać. Choć dobrze widzisz, w jakich warunkach te budynki powstają, na jakich bagnach są stawiane… Z. K.: No tak… W tej chwili jest parę lat suchych, wody gruntowe się obniżyły i developerzy wykorzystują to bez żadnej litości dla przyszłych mieszkańców.
L. L. P.: Cóż, wiadomo, że po latach suchych przyjdą lata deszczowe, wcześniej czy później…
Z. K.: …i te domki nasiąkną jak gąbki, wchłoną w siebie wilgoć i dopiero wtedy lokatorzy zobaczą, gdzie się znaleźli. L. L. P.: Bywa pewnie różnie, ale to, co widziałem w ubiegłym roku (w tym nie patrzyłem) między Tworkami a Pruszkowem, było budowane w wodzie, stojącej ludziom po kolana. Faceci w woderach wznosili fundamenty!
Z. K.: W Grodzisku takie przykłady też są.
To całkiem bezwzględna maszyna w działaniach na własną korzyść. L. L. P.: Dobra, cofnijmy się jednak znowu do Twoich ogrodów, które robiłeś. I w pewnym momencie zacząłeś mieć nie ogrodów dość, ale ludzi, dla których pracowałeś i zająłeś się wtedy już głównie swoim ogrodem i ogrodami kumpli. Z. K.: Tak. Ze zleceniodawcami się rozstałem i zacząłem u siebie działać, tworząc takie warunki, żeby się człowiek dobrze czuł na tym terenie. Tak, żeby tu była baza i żeby mieć siłę w działaniu dalszym. Tworzę ten ogród na zasadzie takiej, jak każdy twórca tworzy dzieło swoje.
L. L. P.: Są przecież różne modele ogrodów – od japońskiego, który jest całkiem inny od tego, co znaliśmy, poprzez te przystrzyżone ogrody francuskie czy włoskie – lub ich odwrotność – ogrody angielskie, a Twój jest czymś jeszcze innym. Twój jest takim Kocim ogrodem… Z. K.: Ja to czynię na zasadzie – co mi w duszy gra. Nie będę małpował różnych modnych kierunków. Wzorce są – jak ktoś nie ma wyobraźni, to leci po wzorcach. A tu człowiek zobaczył, że roślinami różnymi, drzewami, lśniącymi kwiatami można stworzyć – jak na obrazie – fajne zakątki ogrodowe. Im więcej masz estetycznych doświadczeń ogrodowych, tym bardziej wgłębiasz się w to wszystko i umiesz coraz piękniej te elementy natury poukładać. A. S.: Tak, ale oprócz piękna, musisz doskonale wiedzieć, co z czym współgra, co się nie lubi, co gdzie urośnie, a co i tak w pewnym miejscu urosnąć nie będzie chciało… Czyli praktyczna wiedza musi za tym się kryć.
Z. K.: Wręcz dużo tej wiedzy. Przecież sadzi się rośliny mniejsze, a potem to rośnie i musi współistnieć jedno z drugim. Korzystałem na przykład z parków różnych, ogrodów botanicznych i patrzyłem, jak tam wszystko się rozwija, bo ma opiekę odpowiednią, w jakich warunkach i jak współżyje z innymi roślinami. Żeby to razem istniało i nie było wojny pomiędzy roślinami. I takie dobre doświadczenia przenosiłem do siebie.
Dlatego na całej działce wymyśliłem, żeby robić różne klimaty krajobrazowe, zaczynając od gór – górek takich – na początku, nazwanych Góry Rubinowe od imienia psiaka, bardzo pracami zainteresowanego – nieustannie tam był i wyglądało to śmiesznie: jakby roboty nadzorował. A później, jak już było wszystko zrobione, kiedy porosły tam różne krzaczki, nowe nasadzenia, to Rubin siedział na górze i czekał na Lucynę – żonę – kiedy wracała z pracy. Wiedział, o której godzinie wraca, siedział na górce przy bramie i jej wyglądał. Następcą Rubina jest Oczko, który nie wiadomo skąd zawędrował do nas i już tu został…
Pociągnąłem takie myślenie w głąb działki, te różne klimaty, różne nastroje…
L. L. P.: Twój ogród w pewnym momencie stał się domem dla wielu różnych zwierząt. I im jest starszy, tym więcej tych zwierzaków.
Z. K.: Zgadza się! To już jest cała historia, którą bez końca można by opowiadać. Nawet w tym roku – upały, ciężki żywot dla ptactwa, woda w ogrodowym oczku mocno opadła, a ptaki tu przylatują nade wszystko, żeby się napić. Ja to ptactwo i różne zwierzaki dokarmiam, bo chcę, żeby – mając jakiś pokarm – wspomagały mnie przy pielęgnacji ogrodu. Te robaki, które są niekorzystne dla roślin, trzeba usuwać i ptaki to pięknie robią.
Po drugiej stronie ulicy „od zawsze” było naturalne, spore oczko wodne, woda z górki tam spływała i nie zalewała jezdni, oczko, które developer zlikwidował. Walczyliśmy o ten zbiorniczek retencyjny, ale developer, właściciel „Krówki Milanowskiej”, miał większą siłę przebicia. Wtedy zwierzaki – żabki, jeże, ptactwo – znad tego oczka zaczęły się przenosić do nas. Z ludźmi i przyrodą to samo – nie wszystko można przewidzieć.
A. S.: Masz rację. Pogody – w tym i suszy – nie przewidzisz. Z. K.: Tu też jest strach przed suszą, niepokój rosnący. Jeśli do niej dojdzie, ludzie nie wygrzebią się ze strat. Ucierpią też wszelkie zwierzaki, małe i większe… L. L. P.: To raz. Po drugie Ty już nie będziesz w stanie ratować roślin podlewaniem, co czasem robisz, bo ujęcie masz swoje. Gdy ono wyschnie, z miejskiej sieci wody nie pociągniesz, gdyż najpierw zbankrutujesz, a potem karę Ci wlepią.
Z. K.: Zgadza się. Można by studnię pogłębiać, ale czy na pewno – nie wiem. Co się stanie – jest nie do przewidzenia.
W tej chwili dla przyrody jest ciężkawo, zobaczymy, co będzie dalej. Wszystko przed nami.
Staram się, by wszystko trwało jak najdłużej, żeby ogród dawał zadowolenie i wytchnienie mieszkańcom i odwiedzającym. L. L. P.: Jeśli zima ‘25 / ‘26 będzie łagodna i znowu nie będzie śniegu, ponownie zagrozi nam susza…
Z. K.: Możliwe, to będą znowu ciężkawe chwile. Nie musi tak być, może się to zmienić, ale na razie tak to wygląda. Toteż na razie jest ostre hartowanie dla wszystkiego.
Im dłużej ten ogród obserwowałem, tym bardziej starałem się o różne rośliny szlachetne tak dbać, by one dawały sobie radę, niczym dzikie rośliny różne, zioła, trawy i roślinki, na jakie mówimy „chwaściory”, które na pewno przeżyją. I ja zacząłem ogród trochę tak traktować, żeby nabierał siły i hartu, dając sobie radę, gdy nadejdą ciężkie czasy. I to mi się udało. Rzecz w tym, by te rośliny umiejętnie mogły istnieć nawet w ciężkich warunkach. A kiedy widziałem, iż jest im bardzo ciężko – wtedy podlewałem.
A. S.: Czyli rośliny do pewnych granic są w stanie zaakceptować gorsze warunki…
Z. K.: Zdecydowanie. Aż byłem pewien podziwu – są rośliny bardzo wrażliwe, na które trzeba chuchać i dmuchać, a one jednak potrafią się zmobilizować – umiejętnie korzenie puścić albo głębiej albo inaczej, żeby dawać sobie radę. Przystosowują się po prostu.
L. L. P.: Przyszedł jednak moment, że ten ogród, jaki jest i będzie, przestał Ci wystarczać. Zacząłeś sobie przypominać, iż skończyłeś Akademię i – choćby w związku z tym, co się w kraju dzieje – wypadałoby porysować, najpierw może bardziej jako obywatel, dopiero później jako artysta. Z czasem to się wyrównało, bo podejrzewam, że najpierw traktowałeś rysunki jako „misję” wkurzonego Polaka.
Z. K.: Zdecydowanie tak. I to było dokładnie wówczas, kiedy pod Smoleńskiem wydarzyła się ta tragedia. Oraz to, co później się działo, z działaniami rządu Tuska wokół tego… Człowiek by w ogóle nie przewidział, że tak można to wszystko rozgrywać, że tak potwornie jesteśmy doświadczani, zresztą po raz kolejny i tak ulegli w stosunku do Sowietów (bo to nadal Sowieci). Słuchając przy tym ludzi starszych, co przeżyli wojnę, to nikt zdecydowanie nie popierał wtedy tego, co rząd robił, będąc zdania, iż to jest celowa sprawczość Sowietów. A nasz rząd jakby współgrał. To było takie ciężkie doświadczenie i pomyślałem: „Co ja mogę zrobić, jako jednostka? Cóż da się zrobić przy takiej beznadziei?”. Doszedłem do wniosku, że mogę coś narysować na ten temat, coś od siebie – inne spojrzenie na to wszystko ze swojej strony. I tak się narodziła sprawa mojego komentarza satyry politycznej na tematy, które rząd w Polsce realizował. Bez zacietrzewienia, da się tak…
L. L. P.: Zaiste, u Ciebie tego zacietrzewienia nie ma. Jest raczej ciepły smutek. Smutek, iż to w ogóle ma miejsce, bo teoretycznie to nie powinno mieć miejsca, co się w RP dzieje, jednak mamy z tym do czynienia bez przerwy. I bez przerwy, tak jak Michaś Graczyk ma prawo tworzyć swoje rysunki i pokazywać Polskę przaśną taką, jak za Gomułki, bo w gruncie rzeczy w głębi naszych polityków to wszystko siedzi bardzo mocno i wyłazi od czasu do czasu, z takiego pana Hołowni na przykład, to u Ciebie jest to i ciepłe i miejscami wręcz… poetyckie, dzięki czemu troszeczkę osładzasz gorycz tego, co przedstawia rysunek. Z. K.: Może nie od początku, ale dość szybko się zorientowałem, że trzeba mieć jak najwięcej dystansu do tego, co pokazuję, aby uniknąć zacietrzewienia i złych podpowiedzi własnych myśli, żeby to przedstawiać tak jakby „po latach”, z dużym – naprawdę dużym – dystansem myślowym. Iżby to było łatwiej i obiektywniej przedstawić. Ciężka była nieraz to walka, bo emocje w człowieku grały, ale trzeba to było przeżuć, by do różnych spraw, które się działy, z dystansem podchodzić. I te rysunki od początku wystawiałem na targowisku. L. L. P.: O właśnie. Zrobiłeś sobie taką jedno – dwu-rysunkową galerię w dni targowe na grodziskim rynku. Ile razy Ty tam byłeś, był jakiś rysunek.
Z. K.: Tak i ludność – przypadkowa, nie wybrana, tylko taka, jaka przychodzi, oglądała to, komentowała, a tam, gdzie wystawiałem, to gość, sprzedający chleb miał zawsze największą kolejkę. Ale to trwało do jakiegoś momentu, bo później coś tam zazgrzytało, zacięło się i wtedy ja, który też nosiłem na targ płody – trochę rolne, później ogrodowe, zacząłem to wystawiać jako ja – osobiście już. Nikomu innemu nie dawałem od tego czasu prac do prezentacji.
Do tej pory się to ciągnie. Nieraz myślałem, iż już dość, ale nadchodzą kolejne wydarzenia i nie dają od komentowania odejść, niestety. Nie ma zgody po prostu na te różne działania ciężkie wobec narodu. A jeszcze do tego dochodzi taka sprawa, że z tego nie mam żadnych tzw. korzyści materialnych, tak jak Ty wydawałeś i rozsyłałeś przez 10 lat „Ulicę Wszystkich Świętych” wyłącznie za swoje złotówki… Ale tylko to daje niezależność! Traktujmy te satyry jako moją działalność społeczną. Nawet, gdy ktoś był chętny, by prace odkupić, nie starałem się tego upłynniać, by uzyskać jakieś finanse.
Bo starałem się być w zgodzie ze sobą. Tak samo nie chciałem innych angażować, żeby czasem nie narazić ich na jakieś nieprzewidziane konsekwencje mojego działania… W sumie taki byłem, co nie przystaje, źle się czuje w „ludzi kupie”, tylko raczej taki indywidualny gościu… A. S.: Czyli jak dotąd wydania albumu tych prac nikt Ci nie zaproponował?
Z. K.: Nie. Tylko były takie luźne wypowiedzi, iż dobrze byłoby wydać. Ale z tymi, co by chcieli to wydać, to już gorzej. Nie ma chętnych. Mają pewnie jakieś obawy…
Mogą mieć obawy, mogą też chcieć, a nie mieć pieniędzy.
A. S.: Niestety, najprostsza edycja kosztuje. I to jest fakt. Galerie również – jakoś tak: na dystans, na dystans… Trochę Cię było widać w Necie, ale też raczej ilustracyjnie tylko. Dla galerii to już za duża polityka. Poza tym myślę, że u Ciebie w grę wchodzi to, iż ani za Tobą nie stoi żaden towarzysz, ani żaden weteran styropianu. I robi się problem.
Z. K.: Ano nie!
L. L. P.: Bo za Tobą stoi Pan Zbigniew Kot! I tyle!
Z. K.: (Śmiech). Zgadza się. Tylko w którymś momencie, gdy się pomyślało, to objawił się wniosek, że mam szerokie możliwości działania. L. L. P.: Ależ oczywiście. Bo to daje szerokie pole do działania, dużo możliwości, ale też w razie czego nikt się za Tobą nie ujmie, gdy się zorientują, że za plecami masz pusto. Bo podejrzewam, iż w tej chwili niejeden się zastanawia, kto tam za tym Kocurem, gdzieś za płotem, daleko, się czai, że on takie rzeczy pokazuje? Z. K.: I czasem sobie myśli: „On taki samodzielny, a może jednak coś… Nigdy to nie wiadomo”.
A. S.: Poniekąd to i dobrze, bo w tym momencie odważnych, którzy by Cię zaczepili – w zasadzie nie ma…. Z. K.: A bywało, że trochę było…
L. L. P.: A bywało, jak sam mówiłeś…
I nazwiska możemy sobie darować. Ale bardzo się im nie podobało, bardzo.
Chociaż przynajmniej uczciwie wyrazili swój stosunek do tego, to rzecz inna. A mogli przecież gdzieś to robić za plecami. Lepsze to niż knucie gdzieś tam. W każdym razie myślę, iż jesteś pupilem przynajmniej części stałej załogi bazaru w Grodzisku.
Z. K.: Chyba tak. Życzliwości różnych doznałem.
A. S.: Wiedzą z czym Cię kojarzyć, bo trudno nie zauważyć, jakie ten facet ma poglądy, skoro takie rysunki przez tyle czasu (bo to i całkiem sporo lat mija) pokazuje i nie przestaje pokazywać. Chyba że go nie ma na bazarze, wtedy i rysunków nie ma.
Z. K.: Widzę, iż są i tacy, którzy poprzez swoje wypowiedzi okazywali mi dużo życzliwości.
L. L. P.: I to jest bardzo ważne, bo zazwyczaj w każdej sztuce, bez względu na to, czy jest to sztuka, pokazująca nenufary czy mosty na Tamizie lub Sekwanie, czy jest to sztuka, będąca sztuką satyryczną, ale jednak sztuką – jest dla kogoś, jest dla ludzi. Sam dla siebie tego nie robisz, bo Ty dobrze wiesz, co rysujesz. Chcesz powiedzieć przez to coś tym, którzy może jeszcze nie wiedzą, a mają szansę się dowiedzieć z Twoich rysunków. Z. K.: Popatrzcie – niby ogród, piękne otoczenie, można wytchnąć, ale tu ładunki emocjonalne tego, co dzieje się w Polsce – przecież to niesamowite. Rysunki to mój sposób, aby odreagować, żeby się nie dać stłamsić, sponiewierać psychicznie poprzez to, co się dzieje.
A. S.: Ale dzięki temu również, dzięki swoim pracom, wielu ludzi podtrzymujesz na duchu – rysowanie i ku pokrzepieniu serc… Z. K.: Podejrzewam, że tak. Tym bardziej, iż to działalność nie finansowa a wartościowa.
L. L. P.: Jakimś namacalnym przypomnieniem Smoleńska jest grób majora Protasiuka nie tak daleko od Ciebie. I on jest, on nie zniknie przecież, czyli istnieje cały czas takie miejsce, gdzie można pójść, zastanowić się, pomodlić się, pomyśleć – i, niestety, wracać stamtąd w przekonaniu, że właściwie nic się nie zmieniło.
Z. K.: Teraz mi przypomniałeś, jak świeżo po katastrofie u Protasiuka znicze zapalali, wieńce przynosili prości ludzie. Wtedy żył jeszcze mój brat, Andrzej, przychodziliśmy z nim na ten grób i zawsze zostawialiśmy od siebie jakieś wieńce z gałęzi, a przy tym były takie drobne, przeze mnie robione a przez Andrzeja pięknie wykaligrafowane, bo Andrzej znakomitym był kaligrafem, takie rysunki, żeby nie zaginęło wśród ludzi, kim był ten pan Protasiuk, ani co się pod Smoleńskiem stało. Nawet w którymś momencie ludzie uważali, że jesteśmy rodziną pilota, tak nas zaczęli kojarzyć. L. L. P.: Cóż, miłe, jest to rodzaj psychicznej rodziny. Czujesz się związany z majorem, mimo iż nie był to żaden Twój kuzyn, ale wiesz, kim on był i w tym momencie wsiąkasz jakoś w ten krąg. A że mieszkasz blisko, trudno tam czasami nie pójść.
Z. K.: Teraz też, kiedy jakiś częsty gość przyjedzie na Zacisze to idziemy, pieszo, albo z rowerami, na grób pilota Tu-154.
Zapalamy znicze, milczymy…
L. L. P.: Chciałbyś już przestać rysować, czyli dążyć do takiej sytuacji, gdy nie musiałbyś odreagowywać? Czy wierzysz, że tak będzie, czy w to nie wierzysz?
Z. K.: Nie, no wiara musi być, bo inaczej człowiek by się zniechęcił do wszystkiego.
A tu jednak trzeba się cały czas odradzać i nie dawać.
A. S.: Ale wtedy, podejrzewam, robiłbyś inne rysunki. Nie takie, ale rysunki, bo już się człowiek wciągnął.
Z. K.: Nie wiem. To nałóg nie jest, tylko taka potrzeba serca i ducha. Bardzo lubię być w ogrodzie i tam się krzątać…
A. S.: Bo ogród to jest właściwie Twoje życie w tej chwili…
Z. K.: Jak widzisz, kiedy takie małe roślinki, mikrusy niemal, wydawałoby się – słońce je spali – a dają sobie radę… Wtedy wiesz, że można się dużo nauczyć od przyrody.
L. L. P.: Czyli chciałbyś dożyć takiej sytuacji, kiedy nie musisz już komentować rzeczywistości politycznej i możesz się bawić tylko w ogród.
Z. K.: No, to fajnie by było. Może takie momenty nadejdą. L. L. P.: Nasza siła to pola, łąki, ogrody.
Czasem ludzie. Mało ich – ale są, nie ma tragedii jeszcze, od czasu do czasu są.
Rozmawialiśmy nie tak dawno nt. bajki Kiplinga o „Kocie, który chadzał zawsze własnymi drogami”. I to by mogło służyć za podsumowanie. Że mianowicie panu Zbigniewowi K. nie są potrzebne pieniądze, przynajmniej zbyt duże, do tego, żeby się osadzić w swoim ogrodzie, żeby go rozwijać, pielęgnować i być szczęśliwym na swój, Koci sposób. Byłoby mu niewątpliwie lepiej, gdyby politycy nie byli tak niewiarygodnymi, jakimi są, ale ponieważ są – to przynajmniej tak ich próbuje podsumować przez swoje rysunki i teksty, bo jak to Andrzej kiedyś robił, dodajesz do prac komiczne często komentarze, słowne zupełnie.
Z. K.: Ku chwale Ojczyzny!
L. L. P.: Wszystko jest ku chwale Ojczyzny! I ku chwale ogrodu. Z którego lepiej teraz nie wychylać za bardzo nosa, bo trafi się natychmiast na rzędy developerskich obór mieszkalnych.
Zostańmy więc na łonie przyrody, dziękując i za rozmowę i za walory estetyczne dokoła. We wrześniu AD 2025 ze Zbigniewem Kotem rozmawiali: Lech L. Przychodzki & Andrzej Sikora Zbigniew Kot i Lech L. Przychodzki kąpią Oczko, który właśnie przybył do Kociego ogrodu. Fot. Agnieszka Brytan. Foty prac: Andrzej Sikora, foty Kociego ogrodu: L. L. Przychodzki
