PROZA/SZKICE

Wiesz, wnusiu, to było tak…

*** Kiedy miałem trzy lata, mama musiała wrócić po urlopie macierzyńskim do pracy, zostałem więc oddany na wychowanie babci Marii i dziadkowi Franciszkowi, rodzicom mamy. Dziadek jakiś czas później zmarł, zostaliśmy we dwójkę z babcią. Mieszkałem z nią do czasu, gdy skończyłem siedem lat i poszedłem do szkoły. Wróciłem wtedy do rodziców, byłem już wystarczająco duży, żeby radzić sobie samodzielnie, gdy rodzice byli w pracy. Kochałem babcię, była zawsze dla mnie dobra, jestem jej wdzięczny za serce i opiekę. Czułem się z nią bezpiecznie, to były dobre lata, choć tęskniłem bardzo za mamą. Mam sporo wspomnień z tamtego okresu, jedno z nich wraca do mnie do dzisiaj…

Babcia i jej siostra (którą nazywam nieprecyzyjnie ciocią, ale nie używano innego określenia w stosunku do siostry babci) rozmawiają żywo, wpatrzone w siebie, z radością bliskich sobie ludzi, którzy dawno się nie widzieli. Patrzę na babcię i jej siostrę, widać podobieństwo, podobnie się uśmiechają, mają podobny blask w oczach… Choć babcia jest jakby mocniejsza, bardziej stanowcza i zdecydowana, ma też wyrazistszą mimikę… – Babciu, ciociu, jakie wy jesteście podobne!

Babcia i ciocia wybuchają śmiechem, ale jakiś dziwny jest ten śmiech, Jakby coś się za nim kryło… Babcia odpowiada z uśmiechem, ale jakimś specyficznym tonem, jakby z przyganą: – Przecież jesteśmy siostrami, to musimy być podobne… *** – Babciu, przyjedzie do nas ciocia Aniela, tak?

– Tak, wnusiu, w przyszłym tygodniu.

– To fajnie, dawno jej nie widziałem, to już 2 lata jak nie jeździmy latem na wieś do Mieszkowa… A bardzo ją lubię.

*** – Dzień dobry, ciociu! Jak poszła podróż? Czy wujek Wojtek jest zdrowy? A reszta rodziny? – Wszyscy mają się dobrze, dzięki Bogu. A co u Ciebie, Bogusiu? Jak się czuje mama, tato? – Mama ma kłopoty z woreczkiem żółciowym, poza tym wszystko w porządku. *** – Babciu, to już 12 lat, jak nie mieszkamy razem, ale pamiętam pewną sytuację, która nie daje mi spokoju. To było wtedy, gdy była u nas ciocia Aniela, miałem wtedy może 5 lub 6 lat. I w pewnym momencie powiedziałem, że jesteście do siebie bardzo podobne, a wy jakoś tak się dziwnie śmiałyście… I w ogóle z czego tu się śmiać, ja powiedziałem tylko, iż jesteście podobne… Zastanawiam się nieraz, o co chodziło…

– No dobrze, wnusiu, jesteś już dorosły, mogę Ci to wyjaśnić. Widzisz, sprawa jest trochę skomplikowana… My jesteśmy siostrami i nie jesteśmy… Miałyśmy tę samą mamę, ale jesteśmy z różnych ojców.

– Jak to?

– No, tak się zdarzyło… Jeśli chcesz, to ci opowiem.

*** – Wiesz, wnusiu, to było tak: moja mama, gdy miała 16 lat poszła na służbę do miasta. Była służącą w pewnym domu.

Tak było często kiedyś, bogaci ludzie przyjmowali do siebie wiejskie dziewczyny na służbę, dla tych dziewczyn to była szansa na zarobek i trochę lepsze życie niż na wsi. Dowiadywały się różnych rzeczy, zdobywały wiedzę o świecie, której na wsi nie mogłyby zdobyć. Uczyły się gotowania inaczej, nabywały miejskich nawyków. Później miały większą wartość jako ewentualne żony dla chłopaków ze wsi. A czasem zdarzało się, że poznawały chłopaka z miasta i już tam zostawały. Bywało różnie, nieraz miały te dziewczyny kłopoty z państwem, zwłaszcza z panami, ale na ogół chętnie szło się na służbę do miasta. Moja mama też poszła chętnie do miasta, chciała wyrwać się z wiejskiej nudy, była inna niż wszystkie wiejskie dziewczyny, ciekawa świata, odważna, zdecydowana… Dobrze trafiła, państwo byli dobrzy, nie wykorzystywali jej, miała swój kąt i trochę czasu dla siebie każdego dnia. Kotoń był wtedy małym miastem, miał może 6 czy 7 tysięcy mieszkańców, ale i tak dla mojej mamy był wielką odmianą po życiu we wsi… Codziennie po służbie wychodziła „na miasto”, przyglądała się ludziom, budynkom, przedmiotom w sklepach i na straganach…

Pewnego razu zobaczyła na ulicy chłopaka, który szedł ze starszym panem, wyglądającym na jego ojca. Obydwaj byli ubrani inaczej niż większość ludzi widzianych na ulicy, po żydowsku, ale w bogaty sposób. Starszy pan, jak się później okazało, był rabinem. A młodszy pan był jego synem. Ten młody człowiek miał w sobie coś niespotykanego, coś co przyciągnęło uwagę mojej mamy. Miał spojrzenie, które znamionowało inność, jakiś dziwny blask w oczach… Ten chłopak miał w sobie światło, roztaczał wokół siebie jakąś niezwykłą aurę, chociaż szedł spokojnie i nic nie mówił. Mama bardzo się nim zainteresowała. Natychmiast wypytała ludzi na ulicy, kim są ci dwaj panowie, a potem starała się zobaczyć ich znowu. Chodziło jej oczywiście o młodego człowieka, rabin nie budził jej zainteresowania…

Po jakimś czasie spotkała ich znowu, potem jeszcze raz, a potem zdarzyło się, że syn rabina szedł ulicą sam. Wtedy zupełnie nie było przyjęte, żeby zaczepiać ludzi, ot tak, na ulicy. A już żeby 16-letnia dziewczyna zaczepiała młodego mężczyznę, to się nie mieściło w głowie. Jednak moja mama była niezwykłą dziewczyną. Nie przejmowała się tym, co myśleli i mówili inni ludzie, szła za głosem serca. Nieraz miewała z tego powodu kłopoty. Można powiedzieć, iż ja jestem owocem tej jej postawy, tej odwagi, zgodności z tym, co jej dyktowało serce.

… Syn rabina miał na imię Eliezer, jak dowiedziała się wtedy moja mama, która po prostu podeszła do niego, powiedziała mu „Dzień dobry” i zapytała, jak się nazywa. Eliezer miał to imię z Biblii, tak się nazywał jeden z synów Mojżesza. Chłopiec był bardzo uprzejmy, odpowiedział jej, a dla niego mogło być bardzo krępujące rozmawianie na ulicy z obcą dziewczyną i do tego Polką. Mógł po prostu odwrócić się i odejść. Jednak nawiązała się rozmowa, w wyniku której obydwoje postanowili spotkać się znowu. To umówione spotkanie miało miejsce o zmroku w jakimś ustronnym miejscu, ponieważ byłoby bardzo źle widziane zarówno w rodzinie Eliezera, jak i w rodzinie mojej mamy, spotykanie się młodych ludzi bez wiedzy i zgody ich rodziców. Wtedy w ogóle nie było takiego zwyczaju, żeby młodzi ludzie spotykali się na osobności.

Małżeństwa były ustalane przez rodziców, którzy wybierali synom i córkom partnerów życiowych, a same dzieci miały do powiedzenia niewiele albo zgoła nic. Potem były następne ukradkowe spotkania, raz czy dwa nawet w kościele, do którego każdy mógł wejść o dowolnej porze. Mama i Eliezer świetnie się rozumieli, mojej mamie chłopak imponował wiedzą i dobrym wychowaniem, a jemu chyba podobała się żywość, odwaga i pewność siebie mojej mamy. Eliezer kochał książki, umiał czytać w kilku językach, opowiadał jej ciekawe rzeczy, o których dowiedział z wielu książek, jakie przeczytał i gazet, które kupował jego ojciec. Mama słuchała go z zaciekawieniem, wypytywała o różne rzeczy, a była dziewczyną rozgarniętą, więc dobrze im się rozmawiało.

Po pewnym czasie obydwoje wyznali sobie miłość. Jednak nie było szans na to, aby stali się małżeństwem. Rabin już upatrzył dla swojego syna odpowiednią żydowską dziewczynę z dobrej rodziny, a rodzice mojej mamy zupełnie nie wyobrażali sobie, żeby mogła ona wyjść za mąż za jakiegoś żydowskiego chłopaka. To wtedy było po prostu niemożliwe… Tak samo było z drugiej strony, Żydzi nie żenili się z Polkami. Teoretycznie było to możliwe, bo w Prusach istniały śluby cywilne, a Raszków był w zaborze pruskim. W pozostałych zaborach były tylko śluby religijne, więc nie mogli się pobierać ludzie różnych wyznań. Jednak także w zaborze pruskim nie zawierali małżeństw Polacy i Żydzi. Ale serce nie sługa, moja mama i Eliezer nadal spotykali się po kryjomu, aż któregoś razu Eliezer wyznał, że ojciec porozumiał się ostatecznie z rodziną jego przyszłej żony, wszystko jest już ustalone i wkrótce będzie podany termin jego ślubu, a będzie on miał miejsce w ciągu najbliższych kilku miesięcy. Moja mama była zrozpaczona. Co gorsza, jej rodzice dowiedzieli się w jakiś sposób (może doniósł im ktoś z miasta, kto ich znał), że córka z kimś się spotyka i postanowili zabrać ją ze służby, co oznaczało szybkie zakończenie znajomości z Eliezerem. Jej ojciec poszedł do państwa, u których służyła i powiedział, iż zabiera ją z powrotem. Oni zgodzili się, ale pod warunkiem, że mama zostanie u nich do końca miesiąca, a oni w tym czasie poszukają innej służącej. Dziadek zgodził się, tak wypadało. To oznaczało, iż mamie i Eliezerowi zostało już bardzo mało czasu na spotkania. Po odejściu ze służby mama nie mogłaby chodzić do miasta, aby się zobaczyć z ukochanym…

Nasza wieś leży w odległości 5 km od Kotonia, nie było możliwe, żeby wędrować na pieszo z Raszkowa do Kotonia tylko po to, żeby spotykać się z Eliezerem; musiałby zaistnieć jakiś ważny powód, żeby opuścić Raszków choćby na parę godzin, a i tak byłoby to tylko kilka miesięcy do czasu, kiedy Eliezer by się nie ożenił, bo oczywiście wtedy już żadne kontakty nie wchodziłyby w grę. Aż przyszedł dzień, kiedy Eliezer powiedział mamie, że ojciec dowiedział się o jego kontaktach z nią i zabronił mu się z nią spotykać. Zresztą i tak było już blisko do końca miesiąca, czyli do chwili odejścia mojej mamy ze służby.

Siedzieli w milczeniu schowani gdzieś przed wzrokiem ludzi, aż zapadła noc.

Trzeba się już było pożegnać na zawsze, ale żadne z nich nie potrafiło tego powiedzieć. Aż w końcu przytulili się, pocałowali i jakoś tak się stało, iż zapomnieli o całym świecie. Potem wstali, otrzepali się, popatrzyli na siebie i odeszli każde w swoją stronę. To był ostatni raz, kiedy się widzieli. A moja mama dziewięć miesięcy później urodziła dziewczynkę, czyli właśnie mnie…

Był to straszny kłopot, urodziny dziecka bez małżeństwa były wtedy wydarzeniem, które stawiało w bardzo złym świetle dziewczyny czy kobietę.

Zdarzały się takie sytuacje z różnych powodów,ale był to zawsze wielki problem.

Rodzice mojej mamy postanowili znaleźć jej męża, chociaż mama za nic tego nie chciała, myślała nadal o Eliezerze i nie miała zamiaru wychodzić za mąż. Próbowała się upierać, chciała wychowywać mnie sama, jednak w tamtych czasach dzieci, mieszkające z rodzicami, niewiele miały do powiedzenia. Dziadkowie chcieli jakoś rozwiązać problem, nie chcieli być wytykani palcami w kościele czy na drodze jako ci, którzy nie potrafili dobrze wychować córki ani jej choćby upilnować. Chcieli ją wydać za mąż i odzyskać choćby częściowo spokój ducha i szacunek sąsiadów. Najlepiej zaś byłoby ją wydać za kogoś, kto by mieszkał daleko i zabrałby ją z dzieckiem do siebie… Oczywiście znalezienie męża dla mojej mamy było bardzo trudne, bo żaden normalny kawaler nie chciał dziewczyny z dzieckiem. W końcu znalazł się ktoś taki, kto nie odrzucił od razu propozycji swatki, a przekonano go dużym posagiem i obietnicą przejęcia gospodarstwa, gdyż mama była jedynym dzieckiem.

Wtedy rodziny były duże, wielodzietne, moim dziadkom urodziło się więcej dzieci, ale przeżyła tylko moja mama, pozostałe zmarły w dzieciństwie. Ten kawaler to był chłopak z sąsiedniej wsi, biedny, bez swojego gospodarstwa, więc nie wchodziło w grę oddalenie mamy.

Trzeba było go przyjąć do naszego domu.

Na szczęście dla mnie i mojej mamy był to człowiek dobry, który zaopiekował się mną jak własnym dzieckiem, a moją mamę traktował z szacunkiem, co wtedy było raczej rzadkie. Mama powoli pogodziła się z losem, choć nie zapomniała o Eliezerze. Nieraz płakała bez powodu, czasem siadała i patrzyła gdzieś przed siebie przez parę godzin albo chodziła cały dzień smutna jak nieszczęście… Tak mi później opowiadali dziadkowie, jak już podrosłam. Nie było jej łatwo, serce wyrywało się do Eliezera, jednak życie codzienne, praca na roli i w domu w końcu przyniosły uspokojenie. A po jakimś czasie urodziła się Aniela, która jest moją siostrą przyrodnią. Teraz rozumiesz już sam, dlaczego tak się dziwnie śmiałyśmy… Tak, jesteśmy do siebie podobne, jak powiedziałeś, ale też niepodobne. Teraz obie jesteśmy siwe, ale kiedyś nasze włosy miały inny kolor. Ciocia miała jasne włosy, była blondynką jak mama i jej ojciec i jak większość ludzi na wsi, ja zaś miałam włosy czarne, pewnie jak mój żydowski ojciec. Ciocia ma niebieskie oczy, tak jak mama i ojczym, a ja – jak widzisz – mam oczy brązowe, też po ojcu… Jak spojrzysz na nas z boku, to widać, że jesteśmy inne… Aniela ma taką twarz jak ludzie z naszej okolicy, a ja mam zagięty, żydowski nos, inny kształt oczu i brwi.

No i mamy trochę inne charaktery, chociaż wychowałyśmy się razem. Ciocia jest łagodna, spokojna po ojcu, a ja potrafię krzyknąć, postawić się, tak jak mama. Pewnie pamiętasz takie sytuacje, kiedy mitygowałam twojego ojca, gdy sobie za dużo pozwalał. No i kocham książki, jak mój żydowski ojciec, sam widzisz, wnusiu, iż jak tylko mogę, to zaraz chwytam w ręce jakąś książkę albo choćby gazetę…

*** – Wiesz, wnusiu, to było tak: Pewnego razu moja mama poszła na mszę, jak w każdą niedzielę, do sąsiedniej wsi.

– Do Maszkowa, tak?

– Tak. Pewnie pamiętasz, że w Raszkowie nie ma kościoła. Osiemdziesiąt lat temu też go nie było, a w Maszkowie był.

To tylko trzy kilometry, niedaleko. Chociaż zimą, gdy akurat wiał silny wiatr, to nie była to łatwa wyprawa. W kościele było zimno, wracało się zmarzniętym na kość. Mama zwykle chodziła na mszę z rodzicami, a potem wszyscy wracali od razu do domu, ale wtedy z jakiegoś powodu rodzice zostali w domu, może któreś z nich było chore… Mama już była dorosła, miała 16 lat, w tamtych czasach już się wtedy wychodziło za mąż. Więc można było też iść do kościoła w pojedynkę. W kościele spotkała znajome dziewczyny z Maszkowa, a gdy wyszła z nimi, podeszli do nich jacyś mili chłopcy, chyba z innej pobliskiej wsi. I ci chłopcy zaprosili te dziewczyny i moją mamę do karczmy, żeby napić się piwa.

Nie było to zbyt dobrze widziane, aby chodzić do karczmy z chłopcami i to świeżo poznanymi, ale była to jakaś wyjątkowa okazja, chyba jakieś święto kościelne, zaś chłopcy byli grzeczni i dobrze wychowani, pewnie z dobrych rodzin.

Gdy cała kompania weszła do karczmy, moja mama zobaczyła za szynkwasem żydowskiego chłopaka, syna pachciarza czyli arendarza, innymi słowy tego pana, który dzierżawił gospodę. Że to jest syn pachciarza, powiedziały jej później te znajome dziewczyny z Maszkowa. Mama wlepiła w niego oczy i nie mogła ich oderwać. Chłopak miał w sobie coś niezwykłego, był inny niż wszyscy chłopcy, których dotąd widziała. Nie był szczególnie przystojny, ale całkiem odbiegał wyglądem od chłopców, których dotychczas widywała. Ten młody mężczyzna miał w sobie coś niespotykanego, coś co przyciągnęło uwagę mojej mamy.

Miał spojrzenie, które znamionowało inność, jakiś dziwny blask w oczach…

Ten chłopak miał w sobie światło, roztaczał wokół siebie jakąś niezwykłą aurę. Chłopiec zauważył jej zainteresowanie i uśmiechnął się do niej. Ona, nie wiedząc co robi, odwzajemniła ten uśmiech. Nie było to wtedy czymś normalnym, aby uśmiechać się do ludzi, których się nie znało, wręcz było to bardzo dziwne, jednak tak się między nimi zdarzyło. Od tego czasu moja mama, kiedy tylko mogła, starała się znaleźć w Maszkowie, aby móc wejść choć na chwilę do gospody i zobaczyć tego chłopaka. Był tam sklep, którego nie było w Raszkowie, więc jak tylko brakowało czegoś w gospodarstwie, mama na wyprzódki biegła do Maszkowa. Zdarzały się tez inne okazje, na przykład trzeba było coś załatwić z księdzem i tym podobne. Czasami jej się udawało zobaczyć tego chłopaka, czasami nie, bywało, że za szynkwasem stał jego ojciec, ale zdarzyło się kiedyś, iż moja mama była w jakiejś sprawie w Maszkowie i weszła do gospody, w której był akurat tylko ów chłopak, a nie było żadnych gości ani nikogo z jego rodziny. Mama, która była dziewczyną odważną i pewną siebie zagadała do niego. Chłopiec nawiązał z nią rozmowę, mimo faktu, że przynależeli do różnych narodów. Bywało tak, iż Żydzi utrzymywali jakieś kontakty z Polakami czy Polacy z Żydami, ale raczej rzadko. Żyło się raczej obok siebie, tylko załatwiało się sprawy, jak na przykład zakupy w żydowskim sklepiku czy zamówienie gorzałki w gospodzie.

A zwykle trzymano się na dystans. Inna religia, zwyczaje, język… Tutaj dystansu nie było, mama i ten chłopak zaczęli rozmawiać i przypadli sobie do gustu.

Chłopiec był niewiele starszy od niej, a miał na imię Szlomo, po naszemu Salomon. Po jakimś czasie wszedł ktoś i trzeba było przerwać rozmowę. Gość wypił coś i wyszedł szybko, więc mogli jeszcze chwilę porozmawiać. Postanowili oboje kontynuować spotkania. Nie było to łatwe, ale mówi się, że dla chcącego nic trudnego. I co jakiś czas widywali się – czasami krócej, czasami dłużej. Mama szukała okazji, by pójść do Maszkowa, wchodziła na chwilkę do gospody, a Szlomo wymykał się pod jakimś pozorem po pewnym czasie, gdy był w gospodzie we dwójkę z ojcem albo gdy na jego prośbę ojciec mógł przyjść z izby, w której Szlomo z rodzicami mieszkali przy gospodzie i zastąpić go za szynkwasem. Mama i Szlomo spotykali się w zagajniku za wsią, żeby ich nikt nie widział i rozmawiali tak długo, jak tylko mogli. Dobrze się czuli razem, mojej mamie Szlomo imponował wiedzą i dobrym wychowaniem, zawsze był wobec niej bardzo grzeczny i uprzejmy. Jemu zaś chyba podobała się żywość, odwaga i pewność siebie mojej mamy. Szlomo kochał książki, umiał czytać po hebrajsku, po polsku i po niemiecku, opowiadał jej ciekawe rzeczy, o których dowiedział z książek i gazet, jakie czasem wpadały mu w ręce. Mama słuchała go z zaciekawieniem, wypytywała o różne rzeczy, a była dziewczyną rozgarniętą, więc dobrze im się rozmawiało. Po pewnym czasie obydwoje wyznali sobie miłość. Ale nie było szans, aby mogli być razem jako mąż i żona. Żydzi i Polacy żyli osobno, nie było małżeństw mieszanych, zwłaszcza na wsiach. W miastach bywały czasem takie małżeństwa, ale jedno z małżonków musiało wtedy zmienić religię. Raczej się nie zdarzało, żeby ktoś przechodził na religię żydowską, a i przejście na chrześcijaństwo też zdarzało się w tamtych czasach rzadko. Żydzi wtedy mocno trzymali się swojej religii. Chociaż czytałam o sekcie frankistów, w której wielu Żydów przyjęło chrzest, ale to inna historia… Rodzice mojej mamy zaczęli coś podejrzewać. Mama zbyt chętnie chodziła do Maszkowa, za długo tam przebywała, gdy poszła w jakiejś sprawie. Ale nie zabraniali jej chodzenia do Maszkowa, w końcu ktoś musiał kupować rzeczy, niezbędne do gospodarstwa, załatwiać sprawy z księdzem czy z wójtem, który urzędował w Maszkowie. Ale sprawy przybrały zły obrót z drugiej strony…

Któregoś dnia Szlomo powiedział mojej mamie, że niedługo przestaną się widywać, ponieważ jego ojciec znalazł możliwość prowadzenia gospody w pewnym pobliskim miasteczku, w którym miałby większe możliwości zarobku niż w Maszkowie. W związku z tym ciągu kilku miesięcy cała rodzina przeprowadzi się do tego miasteczka. Moja mama i Szlomo postanowili powiedzieć o swojej znajomości rodzicom, bardzo chcieli być razem, ale zarówno rodzina chłopca jak i rodzina mojej mamy nie wyobrażały sobie, aby ich dzieci ożeniły się czy wyszły za mąż za kogoś o innej religii. Prawnie byłoby to możliwe, bo w zaborze pruskim, w którym były te wsie, istniały śluby cywilne, ale w praktyce tak się nie zdarzało, zwłaszcza na wsiach. Zabroniono mojej mamie i Szlomo kontynuowania znajomości, moja mama nawet nie mogła już chodzić do Maszkowa, załatwiali tam zakupy czy inne sprawy jej ojciec lub matka.

Upłynęło kilka miesięcy, w trakcie których moja mama i Szlomo nie widzieli się ani razu. Aż któregoś dnia do naszego domu przyszedł listonosz, który powiedział, że ma list do mojej mamy. Listy to była rzecz niezwyczajna w tamtych czasach, chyba iż były to pisma urzędowe. Mama była bardzo poruszona, nie spodziewała się listu od nikogo. Wiesz, że wtedy wielu ludzi nie umiało czytać ani pisać, jednak w zaborze pruskim od dawna obowiązywał nakaz posyłania dzieci do szkoły, więc mama umiała czytać i pisać.

Rodzice nie pozwolili jej przeczytać listu w samotności, musiała go otworzyć przy nich i przeczytać na głos. List był napisany dużymi literami, a wysłał go do mojej mamy Szlomo. Było w nim dużo błędów, bo Szlomo nie umiał dobrze pisać po polsku, chociaż wysławiał się poprawnie w naszym języku, tylko z żydowskim zaśpiewem, jak mi opowiadała mama.

W obowiązkowej szkole pruskiej uczył się czytać i pisać po niemiecku, zaś w religijnej szkółce żydowskiej, do której posyłał go ojciec, uczył się czytać i pisać po hebrajsku. W liście chłopiec żegnał się, bo już nadszedł czas przeprowadzki i następnego dnia cała rodzina miała zapakować dobytek i pojechać wozami do miasteczka, w którym jego ojciec miał dzierżawić gospodę. Moja mama, zrozpaczona, nie bacząc na nic i nie pytając rodziców o pozwolenie, niemal biegiem ruszyła do Maszkowa. Ochłonęła trochę po drodze i zrezygnowała z myśli, którą była wcześniej owładnięta, aby po prostu wbiec do gospody i pożegnać się na oczach wszystkich ze Szlomo. Po dojściu do Maszkowa poprosiła jakiegoś chłopca, który akurat przechodził przez główny plac wsi, żeby wszedł do gospody i cicho powiedział synowi arendarza, iż ona przyszła i że będzie czekać na niego w miejscu, które on zna. Po jakimś czasie przybiegł Szlomo, bardzo smutny, przytulili się i oboje zaczęli płakać. Potem przytulili się jeszcze mocniej, i jeszcze mocniej, a potem trzeba było się rozstać. Na zawsze…. Zaś 9 miesięcy później moja mama powiła dziewczynkę i tą dziewczynką jestem ja. Był to straszny kłopot dla rodziców mojej mamie i dla niej oczywiście też. Wytykano ich palcami, mówiono o nich różne niemiłe rzeczy, patrzono na nich nieprzychylnie w kościele… Dziecko urodzone poza małżeństwa było wtedy wydarzeniem, które stawiało w bardzo złym świetle matkę i jej rodziców. Także to dziecko miało później trudną sytuację, nazywano je bękartem, odnoszono się do niego z pogardą… Rodzice mojej mamy postanowili znaleźć jej męża, chociaż mama nie chciała wychodzić za mąż.

Jednak nie mogła się upierać, mieszkała z rodzicami i oni decydowali o jej losie.

Dziadkowie nie chcieli być wytykani palcami, chcieli ją wydać za mąż i odzyskać choćby częściowo dawne poważanie u sąsiadów. Najlepiej byłoby ją wydać za kogoś z odległej, kto by ją zabrał…

Dziadkowie rozmawiali z różnymi swatkami, ale znalezienie męża dla mojej mamy było dużym kłopotem, bo żaden kawaler przy zdrowych zmysłach nie chciał dziewczyny z dzieckiem. W końcu znalazł się ktoś taki, biedny chłopak z sąsiedniej wsi, którego przekonano posagiem i obietnicą przejęcia w całości gospodarstwa. Było to możliwe dlatego, że tylko mama przeżyła z kilkorga dzieci, które urodziły się dziadkom. Wtedy wiele dzieci umierało na różne choroby… Więc mąż jedynej córki był tym, który miał prawo przejąć gospodarstwo.

Po ślubie, na którym mama płakała, zamieszkali razem w jednej z izb naszego domu. Był to dobry człowiek, spokojny, wyrozumiały… Opiekował się mną jak własnym dzieckiem, a do mamy odnosił się życzliwie, mimo że ona traktowała go z dystansem. Mama powoli pogodziła się z losem, chociaż nie mogła zapomnieć o Szlomo. Nieraz płakała gdzieś w kącie albo wychodziła na długo na łąki bez żadnego celu, czasem siadała i patrzyła gdzieś przed siebie albo chodziła smutna bez powodu… Tak mi później opowiadali dziadkowie. Nie było jej łatwo, przez parę lat trwała taka sytuacja, ale w końcu spokojne życie z mężem i praca przyniosły uspokojenie. Zaś po pięciu latach urodziła się Aniela, która jest moją siostrą przyrodnią. Teraz rozumiesz już sam, dlaczego się tak dziwnie śmiałyśmy… Tak, jesteśmy do siebie podobne, jak zauważyłeś, ale też niepodobne. Teraz obie jesteśmy siwe, ale kiedyś ciocia miała jasne włosy, była blondynką jak jej ojciec, ja zaś miałam włosy czarne po moim żydowskim ojcu. Ciocia ma niebieskie oczy, może zauważyłeś, jak mama i ojczym, a ja – jak widzisz – mam oczy brązowe po ojcu… Jak się dobrze popatrzy, to widać, że jesteśmy inne… No i mamy inne charaktery, ciocia jest cicha, spokojna , a ja czasem uprę się, postawię, tak jak to robiła nieraz nasza mama. Pamiętasz jak kiedyś skrzyczałam twojego ojca, gdy nieładnie odezwał się do twojej mamy? I kocham książki, zupełnie jak mój żydowski ojciec… Jak tylko mam czas, to zaraz wkładam nos w jakąś książkę albo choćby gazetę…

*** – Wiesz, wnusiu, to było tak: Obraz SymchyTrachera (1894–1942)