Wiersze
pójdzie w miasto
z moimi wierszami
gdy
pajda mokrego chleba
posypanego cukrem
zapach świeżej słomy w sienniku
zabawy w berka i chowanego
ciepło matczynej dłoni
i życzliwe spojrzenia ludzi
wystarczyły by być szczęśliwym
* * *
a jeśli tam
– po drugiej stronie nicości
nikt na mnie
nie czeka
coraz
więcej pytań
coraz mniej
odpowiedzi
błądzę
po manowcach
wiary
i filozofii
opowie moją historię
jestem dumny i hardy
nie ulegam schematom
unikam fałszywych proroków
i klakierów
mówiących jedno
robiących drugie
na białe mówię białe
na czarne – czarne
jestem
człowiekiem o jednej twarzy
nie proszę o litość
tylko o zrozumienie moich słów
prostych
jak bicie matczynego serca
ciężkich
jak spracowane ręce ojca
miasto zostawiam daleko
ale
wierzę
że przyjdzie taki dzień
kiedy wrócę do niego
– choćby wierszami
Tarczyn 2023
* * *
* * *
myślałem
zakończę wędrówkę
na ziemi makowskiej
tej dobrej i tej złej
ale własnej
swojskiej
rodzicielskiej
zgasiłem światło
zamknąłem drzwi
kluczem wspomnień
ostatnie kroki na schodach
ostatnie spojrzenie na ukochaną wierzbę
ostatnie westchnienie
na przyblokowej ławce
ojcze
matko
w zadumie pochylam głowę
i odchodzę
bez fanfar
bez fajerwerków
to by było na tyle…
nie Maków
Sztum
Tarczyn
przede mną
dalsza podróż
do wymarzonej Itaki
* * *
idę drogą
do kolejnej góry niepewności
kolejnej rzeki nadziei
na plecach dźwigam ciężki bagaż wspomnień
znad Tarczynki –
tych dobrych i tych złych
czy ktoś
poda mi rękę
zbierze słowa
które rozrzucę
na nowej ziemi
żegnajcie
rzeko Tarczynko
jabłuszko z Rynku
i ty
święty Mikołaju
z gotyckiego kościoła
idę w nieznane
z cieniem Tarczyna
zapisanym w sercu
gdzieś tam
czeka nowe drzewo
nowa ławka
i ktoś
kto mówi
dobrze
że jesteś
Skarżysko-Kamienna 2025
Tarczyn – 2025
* * *
moje dzieciństwo
to zapach chleba
z piekarni Dobrzyńskich
smak
mleka od krów pani Łojek
i lodów od Krukowskiej
wyścigi na kapsle
wojna w załogę „Rudego – 102”
(każdy marzył by zostać Jankiem Kosem)
podwórkowy palant
i mecze w piłkę kopaną
moje dzieciństwo
to zabawy w chowanego na strychu
najlepszą kryjówką
były trumny robione przez mojego
chrzestnego
– Jana Wolskiego
moje dzieciństwo
to sąsiedzkie rozmowy na schodkach
przed domem
jak echo powracały w nich wspomnienia
o wojnie
których wtedy nie rozumiałem
przez mgłę
widzę na podwórku
dziada ze starzyzną
donośnie wołającego
„szm-aaaty skupuję, szm-aaaty!”
a innym razem
chłop
o wysuszonej twarzy
zaciągający się „Sportem”
ostrzył noże i nożyczki
dźwięk
młotka walącego
w blachę na wózku z kołowrotkiem
kamienia szlifierskiego
mam do dzisiaj w uszach
po domach chodzili domokrążcy
sprzedający kiczowate obrazy Świętej
Rodziny
przyjmujący zamówienia na monidła
w środę
nawet za cenę wagarów
chodziłem na jarmark
gdzie można było kupić mydło
i powidło
posłuchać pocztówkowych szlagierów
Szczepanika i Laskowskiego
odtwarzanych z „Bambino”
matka kupowała mięso
w Taniej Jatce pani Ciak
z którego robiła najlepszy na świecie
smalec z cebulą
w drodze do domu
zaglądałem do kuźni Otłowskiego
podkute konie rżały ze szczęścia
a ich właściciele opijali
jarmarczne interesy
na Rynku przy fontannie
cyganki za „co łaska”
wróżyły przyszłość z kart
niejeden ciekawski
wrócił do domu
goły i wesoły
moje dzieciństwo
to ciepło dłoni
Matki
które chroniło mnie przed złem
spoglądam na córkę
wpatrzoną w nowego smartfona
jak w obrazek
surfującą w sieci
i nawet nie próbuję
jej przekonać
że dzieciństwo
miało kiedyś lepszy posmak
