PROZA/SZKICE

Chata

Chata Jadwiga Łada Przez pierwsze powojenne lata wtulona w las chata została rozszabrowana i zniszczona. Jeszcze zimą w czterdziestym piątym roku wybito z jej okien szyby, porąbano drzwi – z wyjątkiem tych na ganku, rozebrano ogrzewające pokoje kaflowe, wysokie piece. Wyniesiono większość kuchennych sprzętów. Z pokoi wytargano solidne rzeźbione kredensy, rozkładany stół, przy którym w dniu urodzin pani Margarety gościły się dwadzieścia cztery osoby. Fotele przystrojone przepiękną srebrną tkaniną. Z sypialni szerokie łoże. Rozpruto pierzyny i poduszki a biały ciepły puch wytrzepano na setki pustych puszek, leżących na kupie przy studni. Bałagan pozostawili po sobie na początku lutego odpoczywający w tym domu radzieccy żołnierze.

Gdy zapadał zmierzch podcieniowa chata zmieniała się w starą udręczoną pozbawioną humoru zjawę, w stertę źle ułożonych dębowych pali nieprzypominającego dawnego ciepłego, rodzinnego, ludzkiego, gniazda.

Nie wiadomo dlaczego żadna z przesiedlonych z dalekich i bliskich stron świata rodzin nie chciała w niej zamieszkać. Jedni mówili, że jest dla nich za wielka, po naprawie drzwi i wstawieniu szyb w oknach pokoje należałoby pomniejszyć, by zimą dobrze ogrzać. A na dodatek trzeba znaleźć zgodną drugą rodzinę, ponieważ za sienią jest długi korytarz, kuchnia, trzy izby i byłby to również wielki kłopot. Ludzi naprawdę się nie zna a z krewnymi wcześniej też różnie bywało.

Jednak to nieprawda, iż w tym miejscu, w którym dawniej mieszkała wielopokoleniowa pruska rodzina, obecnie panuje cisza i marazm. I na dodatek w rozgrabionych zniszczonych pomieszczeniach rozgościło się złośliwe widziadło. Przeciwnie, w tym dawniej pięknie rzeźbionym a obecnie zniszczonym przez okrutną wojnę domu zamieszkali nowi lokatorzy i upływa w nim nowe zgodne, życie.

Od dawna nie zamykane, przekrzywione okiennice, tkwiące w luźnych zardzewiałych zawiasach pozwalały, by po pustych pomieszczeniach tańczył wiatr a do wewnątrz wpadały krople deszczu. Wiosną do kuchni wprowadziły się jaskółki, wychowały dwa lęgi ptasich pociech, by w pierwszej połowie sierpnia podziękować za gościnę i odlecieć na dalekie południe. Jesienią przytuptały kolczaste jeże. W bawialnym pokoju umościły sobie kopczyk z liści a przed zimą pod nim zasnęły. Zaglądał również borsuk, ciekawska ruda lisica, mała zwinna kuna, wiewiórki i zdziczałe koty. Zimą na podwórzu, na śniegu nie brakowało śladów kopytnej zwierzyny. Wielki samotny stary łoś, sarny i dziki przychodziły wczesnym rankiem w okresie siarczystych mrozów do wypełnionej sianem rozbitej stodoły. Chlewnię odwiedzały kruki, między sobą o resztki nasion wykłócały się wróble. Z pod klepiska z norek wysuwały się główki szarych myszek a wysoko pod sufitem pracowity pająk utkał wielką pajęczynę i na kogoś z niecierpliwością czekał.

Jednak od końca wojny w opuszczonym podcieniowym domu, na dachu, nad kominem nie snuje się wstęga białego dymu. Nie słychać w kuchni dźwięku naczyń, nie czuć roznoszącego się po pokojach zapachu obiadowych potraw, świeżo pieczonego chleba, słodkiego pulchnego drożdżowego ciasta, zbożowej kawy z mlekiem. Nikt prócz milczącego dziecka tu nie zagląda. Nowi, pochodzący z różnych stron kraju osiedleńcy na Warmii, również nie byli zainteresowani tym pomieszczeniem. Za dnia widzieli wyszabrowaną, zrujnowaną wielką drewnianą chałupę, z której nocą słychać było skargi i wycie wiatru.

Mijały tygodnie, minęły pierwsze trudne, głodne lata. Młodzież dorastała, kończyła szkoły, powstawały nowe rodziny, lecz nie było miesiąca, by ich dziadkowie nie wspominali swojej ukochanej, utraconej ojcowizny. Z całkowitą obojętnością siedzący przed domem staruszkowie nie cieszyli się z osuszonych z wody połaci zielonych łąk, zaoranych pól, na których dojrzewała pierwsza posiana pszenica. Wspominają tylko zebraną przez pompy wodę, powtórnie skierowaną do rzeki, wyrośnięty dorodny oset, który wyrywali ręcznie od rana do zmroku, zmagając się z rojami komarów.

Starcy mówili wnukom, że już pora, by wrócić do pozostawionych gór, chat, cerkwi, cmentarzy. Ale jak wrócić do domu, kiedy nie pozwala na to ludowa władza.

Tylko wszędobylskie, ciekawskie dzieci nie mając lat szkolnych i lepszego zajęcia biegały wokół zniszczonego młyna, zaglądały w okna sąsiadom a zmęczone siadały i odpoczywały na wysokim kopczyku przy drodze, nie wiedząc, że pod nim śpi snem wiecznym dziewczynka i jej ostatni opiekunowie. A Niemka, która co pewien czas tu przychodzi, przegania ich z tego miejsca, wygrażając grubym kijem.

Co dzisiaj będziemy robić, w co będziemy się bawić? – Czasami słychać takie pytanie. Kilka dni temu zobaczyli smugę dymu nad lasem, na polanie gdzie wiosną zbierali słodkie, czerwone poziomki. Starsi chłopcy pobiegli sprawdzić, kto dzisiaj pasie krowy a umorusane maluchy ruszyły w stronę szkolnego budynku. Stojąc przy oknie w przydeptanym zielsku, gromadka patrzyła przez szybę na wiszącą na ścianie tablicę, duże liczydło, szafę wypełnioną książkami i na dwa rzędy ławek, pokrytych zieloną farbą z kałamarzami, wpuszczonymi w środek pulpitu. Za chwilę biegły na drugą stronę drogi i siadały na kamieniu obok spalonego młyna, spierając się o wszystko jak wróble w stadku.

Mała milcząca dziewczynka również zaglądała do szkoły. Przez niedomknięte okienko w piwnicy, schodami prowadzącymi do góry przedostawała się na korytarz i wchodziła do klasy. Z czarnej tablicy brała kredę rysowała na niej ptaki, zwierzęta, kwiaty. W innym pomieszczeniu przeglądała książki w twardych oprawach i nie mogła oderwać oczu od pięknych kolorowych ilustracji, jakich nigdy wcześniej nie widziała. Czasami zabierała do domu na podpałkę zniszczoną, bez obrazków, książkę. Później biegła do podcieniowej chaty. Z daleka wypatrywała dziewczynki w długiej, białej koszuli, ale nigdy nie mogła zbyt blisko do niej podejść i się z nią pobawić. Tymczasem dom straszył swoją brzydotą i kalectwem, był w wielkim rozkładzie. W środku, w każdej izbie czuć było smród, pod sufitu spływały firany pajęczyn i kurzu. Zawilgocone, zniszczone, butwiejące sprzęty w kuchni i pokojach śmierdziały pleśnią, Nadpalony przewrócony do góry nogami stół, na którym widniały ślady olbrzymiej siekiery czy też topora leżał przy studni na podwórzu. Pod wielką ceglaną oborą w wysokim zielsku i krzakach dzikiego bzu przycupnęła sieczkarnia. Brony, pozbawione wszystkich zębów, rdzewiały ukryte w łopianach.

Od dawna zasiedlono wszystkie okoliczne domostwa, ale chata nadal stała pusta, choć miała tak wiele do zaoferowania. Swoje ciepło, wędzarnie przy kominie, wielki piec do pieczenia chleba, przewiewny strych, obszerne chłodne piwnice. Studnię z dobrą wodą.

Ludzie gór przywiezieni na pogranicze Żuław i Warmii powoli przyzwyczajali się do okaleczonej, zalanej stęchłą wodą ziemi ale nie znali jej tajemnic. Nic nie wiedzieli o znajdującej się przy drodze niedaleko podcieniowej chacie mogile z czterdziestego piątego roku, w której pochowano dziewczynkę w białej nocnej koszulce, kobietę i mężczyznę. Z każdym rokiem kopczyk zapadał się w ziemię, ukrywając się pod bujną zieloną trawą i rosnącymi nad nimi brzózkami.

Kilka lat to tak niewiele w pamięci pór roku, inaczej jest ze wspomnieniami ludzi. Nie wszyscy mieszkańcy Prus, zimą czterdziestego piątego roku opuścili domy, uciekając przed potężną armią ze wschodu. Zostały rodziny, którym nie powiodła się wcześniejsza ewakuacja przez zamarznięty Zalew lub te, dla których nie było miejsca w ostatnim pociągu, w styczniu czterdziestego piątego roku, jadącego z Królewca przez Elbląg do Szczecina. Zostali ludzie tych ziem, zamieszkani od pokoleń Warmiacy, noszący słowiańskie nazwiska i germańskie imiona. Dokąd mieli uchodzić? Ale i oni odeszli.

Upływały leniwie tygodnie i miesiące, zmieniały się pory roku.

W powietrzu czuć było jeszcze odór wojny. W głębokich odwadniających pola rowach, pod cienką warstwą ziemi leżało wiele prochu, żelastwa i szczątków ludzkich. Stary opuszczony dom drzemał, wyczekując lepszych czasów. Od północy pokaleczone, dawniej wysokie i rozłożyste gałęzie bordowo-słodkich słodkich czereśni straszyły suchymi, martwymi kikutami.

Czasami osobie przechodzącej drogą wydawało się, że słyszy w niej śmiech i śpiew. Ktoś tu przebywał, ale dawne zasobne siedlisko skrzętnie ukrywało nowe tajemnice. Nie chciało wyjawić, kto biega po wielkim strychu i dlaczego stukają rytmicznie okiennice, gdy dzień jest letni, bezwietrzny, słoneczny. Kto porusza rynną, czyja ręka wprowadziła ją przez okno do bawialnego pokoju, by wartkie rozpryski wody zmoczyły twardą polepę pozbawioną desek, gdy od tygodni nie było deszczu. Dlaczego po zmierzchu słychać skrzypienie starego fotela na biegunach a w kuchni ktoś przerzuca połówki fajerek na drugi koniec zniszczonej izby.