PROZA/SZKICE

Szkice do opowiadań

Bartłomiej Henryk Toszek Sąd pracy Przed sądem stał robotnik.

Mała, szara, skulona figurka drżąc chyliła się pod karcącym spojrzeniem składu orzekającego. Surowe oczy prokuratora także świdrowały jej postać. Z tyłu, poza częścią, na której toczyła się właściwa rozprawa, znajdowały się ławy, po brzegi wypełnione robotnikami, kolegami oskarżonego. Sala z każdą chwilą robiła się ciaśniejsza. Wciąż bowiem napływały kolejne grupy gapiów, którzy potęgowali ścisk w części dla publiczności.

Przewodniczący sądu powstał.

Zaległa cisza, w której słychać było tylko głos czytającego wyrok: – Wojciechu W.! Zostałeś uznany za winnego zarzucanych ci czynów…

Atmosfera zgęstniała. Ręce robotników zacisnęły się na barierce oddzielającej dwie części sali sądowej. Twarze pod beretami stawały się coraz bardziej czerwone z gniewu. Nienawistne spojrzenia kierowały się w stronę oskarżonego. Ten zaś kulił się i chował coraz bardziej w sobie. Sędzia czytał dalej: – …to jest kradzieży i przywłaszczenia mienia, należącego do wszystkich pracowników. Dlatego w oparciu o artykuł 2034 kodeksu pracy, sąd niniejszy wyznacza ci karę…

Tyły sali opanowywało coraz większe wrzenie. Robotnicy, dotychczas z trudem hamujący swój gniew, teraz dali upust swoim uczuciom, przerywając odczytywanie wyroku i wołając: – Ukrzyżuj go! Ukrzyżuj!

Ćwiczenia Młody dmuchał pompkę za pompką. W hełmie, z całym, regulaminowym ekwipunkiem musiało mu być cholernie gorąco. Siedzieliśmy sobie obok – Paprocki, Muśniak i ja, pogadując od niechcenia w jego stronę. Czerwcowe słonko miło grzało nas w twarze, a lekki wiaterek schładzał je natychmiast.

Było bardzo miło, taki leniwy wieczór na koniec spokojnego dnia. Paprocki wolno zapalił papierosa i zaciągnął się głęboko.

Nie patrząc na szeregowca, rzucił: – Szybciej…

Szarak przyspieszył tempo, ale widać było, że długo już nie pociągnie.

– Ruszaj się! – zawołał zachęcająco Muśniak.

– No, raz-dwa, raz-dwa! – dorzuciłem, by zmotywować go do włożenia serca w tę rozrywkę. I tak miło płynął czas. Gawędziliśmy o tym i o owym, ale głównie – jak to kiedyś było fajnie, a teraz źle, gdy nagle zza kantyny wypadł szef kompanii i opieprzył nas za znęcanie się nad kotami. Szaraka odesłał, a nam – staremu wojsku! – kazał wskoczyć w hełmy i plecaki, a potem zasuwać na plac ćwiczeń. Męczył nas przez jakiś czas, a potem przyniósł sobie krzesełko i usiadł na środku placu. I tak, z daleka obserwował nasze wysiłki.

Przez chwile słyszałem tylko oddechy moich kolegów i mój. Wreszcie, po chwili Paprocki rzucił: – Skurwysyn…

Słońce powoli chowało się za horyzontem.

Rezerwiści… prawie Siedzieliśmy sobie w kantynie – Paprocki, Muśniak i ja, sącząc zimny sok ze spirytusem z domowych zapasów szefa kuchni. Deszcz cicho dzwonił w szyby i bębnił o parapety.

– Eee, tak w ogóle, to wszystko gówno – oświadczył nagle Paprocki.

– Taa… – zgodził się Muśniak.

– Noo… – potwierdziłem.

– Syf i jeszcze raz syf – kontynuował Paprocki.

– Kanał! – sprostował energicznie Muśniak.

– Kibel – dodałem od siebie.

– No, dobra – stwierdził Paprocki, z hałasem odsuwając swoje krzesło – pora ruszać, chłopaki!

– Co? Już? – zdziwiłem się. – Serio? – zaniepokoił się Muśniak.

– Róbcie, co chcecie, ja idę – usłyszeliśmy i już po chwili rzeczywiście zostaliśmy we dwóch. – Dobra, dobra! – zawołał pojednawczo Muśniak – my też idziemy!

Szybko dopiliśmy nasze napoje i ruszyliśmy za Paprockim. Ostatecznie to przecież wojsko, a w wojsku – jak pora spać, to spać. Bez gadania.

Złudzenie W mieszkaniu było ciemno. Światła pogaszono, ale i tak zauważyła odbłysk dwóch szkieł, umieszczonych obok siebie. Była pewna, że obserwuje jej pokój, bo pozycja odblasków zawsze była taka sama.

– Mój Boże – pomyślała któryś raz z rzędu – gdyby nie był taki nieśmiały…

Już nieraz wyobrażała go sobie, obserwując osoby wychodzące z jego klatki schodowej. Nieraz urządzała mu show, rozbierając się do naga. Miała wtedy nadzieję, że podnieca go i prowokuje. Odrobina pożądania w jej bardzo szarym życiu. I bardzo dużo tęsknoty za kimś bliskim… A ten na pewno był młody i przystojny. Och, wiedziała, jak bardzo sobie pochlebia, wyobrażając nie wiadomo co, ale chociaż przez chwilę czuła się chcianą. Doszło do tego, że czekała na te wieczory, by móc znowu czuć jego spojrzenie pieszczące jej ciało. Tak dużo, tak bardzo dużo zależało od tego – jej pewność siebie, jej poczucie kobiecości… Może to i lepiej, iż go nie zna, chociaż z drugiej strony… Tak pragnęła czuć czyjeś usta i ręce. Kochać i być kochaną.

Tak bardzo chciała go spotkać…

Tak bardzo…

Tak…

W pustym mieszkaniu po drugiej stronie ulicy światło księżyca odbijało się w dwóch słoikach, stojących na parapecie.

Szpaki Antoni zastygł przed oknem w postawie wyrażającej przerażenie. Szklanka wysunęła mu się z dłoni i rozprysnęła na podłodze. Słodki, ciemny płyn spływał gęstymi kroplami po jego ubraniu, ale on nawet nie zwrócił na to uwagi. Jego twarz stężała w napięciu, a w oczach malował się wyraz niedowierzania i strachu. Słońce wyraźnie oświetlało widok, który tak go przeraził. Trzy szpaki siedziały na trawniku, zrywając owoce z jego drzewek. Co prawda, nieraz już się zdarzało, że szpaki łakomiły się na jego gruszki, wiśnie lub czereśnie, jednak jeszcze nigdy ptaki nie były takie ogromne i nie pochłaniały tak wielkich ilości owoców.

W niemym zdumieniu obserwował ich szare, sztywne od kurzu wielomilowych podróży pióra, ich potężne dzioby, pazury i – najbardziej przerażające – oczy. Wszystko było wręcz monstrualne. Do tego stopnia, iż nagle do świadomości Antoniego zaczęło wdzierać się przekonanie, że to co widzi, po prostu nie może być prawdziwe, mimo wszystkich pozorów realności. Tego samego zdania musiała być również pani Malinowska, sąsiadka, która wyszła przed swój domek, próbując miotłą odgonić ptaki. Antoni obserwował tę scenę, która toczyła się jak gdyby w zwolnionym tempie przedwojennego filmu. Dziób jednego z ptaków zwrócił się w stronę zbliżającej się kobiety. Czarnych oczu ani na chwilę nie ożywiły emocje strachu, gniewu, lub irytacji. Szpak zamarł w oczekiwaniu, a po chwili jego dziób rozchylił się i w całym ogrodzie rozległ się jego potworny krzyk. Antoni zamknął oczy. Kiedy ponownie je otworzył, ptak miażdżył w swoim dziobie kruchą postać pani Malinowskiej.